piątek, 6 listopada 2009

Na co oszczędzać?

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym jak będzie wyglądało wasze życie za 10-15 lat? Co wtedy będzie dla was ważne, jak zmieni się wasze postrzeganie świata, polityki, ekonomii? Coraz częściej dochodzi do mnie to, że robiąc plany patrzę na wszystko przez pryzmat swojego ja tu i teraz. Być może to co wydaje mi się ważne dzisiaj, za dziesięć lat już wcale może nie być. Jaki sens ma oszczędzanie na sportowy samochód, skoro kiedyś tam, kiedy już będziemy mogli go kupić, wcale go nie będziemy potrzebowali. Patrząc wstecz na moje plany, marzenia i wyobrażenia o życiu sprzed 10 lat, mogę szczerze wyznać, że wyobrażałem sobie to wszystko całkiem inaczej. Gdybym wtedy planował, czego nie robiłem, to i tak osiągnąłbym rzeczy, które dzisiaj miałyby dla mnie o wiele mniejsze znaczenie niż wtedy. Moje wartości się zmieniły. Dlaczego w takim razie mam zakładać, że za kolejne 10 lat nic się nie zmieni? Czy to w takim razie nie jest jeden z głównych problemów finansów osobistych - długoterminowe planowanie i dążenie do celów, które postawiliśmy sobie w przeszłości, a które w miarę przybliżania się do nich stają się dla nas coraz mniej ważne? Może dlatego tak trudno przychodzi nam realizacja celów. Cele finansowe powinny być konkretne, osadzone w czasie i realistyczne. Tylko skąd 20 latek ma wiedzieć kim będzie za 10-20 lat? Co będzie dla niego wtedy ważne? Nie zrobienia czego będzie żałował? Każdy młody człowiek, chce podróżować, imprezować, kupować ładne rzeczy. Trochę starszy młody człowiek, taki jak ja:), zaczyna żałować, że nie imprezował, podróżował i kupował ładnych rzeczy trochę mniej. Tylko skąd mamy wiedzieć czego będziemy żałować. Może zapytajmy starszych od siebie? Zobaczmy jak żyje nasza rodzina, znajomi naszych rodziców, porozmawiajmy z nimi. Zapytajmy, co by zmienili, gdyby mogli cofnąć czas o 10 lat do tyłu. Kiedy mamy 3 lata, matka ostrzega nas żebyśmy nie zbliżali się do rozgrzanej kuchenki. Bardzo dobra rada! Moja mama ma dzisiaj 60 lat i dalej ma dla mnie dobre rady. Tylko dlaczego w wieku 3 lat jej nie słuchałem i nie chcę słuchać nadal? Odpowiedź jest prosta, jak każdemu, wydaje mi się, że jestem lepszy, szybszy, mądrzejszy:) od starszego pokolenia. Jestem wyjątkowy! Wszyscy jesteśmy wyjątkowi, dlatego tak trudno nam korzystać z doświadczeń tych, którzy właśnie przeżyli to co my dopiero zaraz będziemy przeżywać. Gdybyśmy potrafili choć na chwilę odłożyć na bok przeświadczenie o naszej wyższości, o naszej wyjątkowości i dopuścili do siebie myśl, że jesteśmy normalni, przeciętni, że nie przechytrzymy całego świata to moglibyśmy zaobserwować jak żyją Ci, którzy byli nami 10-20 lat temu. To najlepsza lekcja w zakresie finansów osobistych! Uczmy się na ich, a nie swoich błędach!
Pamiętam jak w wieku dwudziestu kilku marzyłem, żeby mieszkać w okolicach rynku. W miejscu tętniącym życiem, gdzie piwo leje się od południa do głębokiej nocy. Dzisiaj wiem, że za żadne skarby świata nie chciałbym tam żyć. Co się zmieniło? Upłynęło parę lat! Całkowicie pozmieniały się priorytety w moim życiu. Dziś od taniego piwa i balangi do nocy, ważniejsza jest dla mnie bliskość dobrych szkół, wygoda dojazdu, cisza i porządek. Wiem, wiem, dla młodszych czytelników brzmi to jak spowiedź emeryta:). Też jeszcze całkiem niedawno 30 latek był dla mnie starym człowiekiem, a czterdziestolatek po prostu dziadkiem. Panta rei, chciałoby się zakrzyknąć, Panta rei kochani:)

Przeczytaj także:
Odkładanie przyjemności na później, czyli czego możemy nauczyć się od 4 latków!
Co wiedzą o nas markety spożywcze?
Ignoruj informacyjny hałas!
Kolonializm naszych czasów
Etapy finansowe w naszym życiu

środa, 4 listopada 2009

Wydawać mniej czy zarabiać więcej?

Fundamentem finansów osobistych jest wydawanie mniej niż się zarabia. Wiele osób woli jednak zarabiać więcej niż wydają. Pozornie mówimy o tym samym, jednak nie do końca. W jednym przypadku koncentrujemy się na minimalizowaniu wydatków, a w drugim na maksymalizowaniu zarobków. Kwestia podejścia do życia. W tym momencie muszę wyznać, że uważam, że powinniśmy raczej koncentrować swój wysiłek na oszczędzaniu, a nie na próbach szukania większych zarobków. Zdaję sobie sprawę, że tą opinią narażam się na ogień krytyki i dlatego od razu zastrzegam, że nie jestem przeciwnikiem zarabiania dużych pieniędzy. Wręcz przeciwnie! Niestety to ile zarabiamy, jest wypadkową wielu czynników mniej lub bardziej zależnych od nas samych. W grę wchodzi nie tylko wykształcenie, doświadczenie zawodowe, czy rynkowa wartość naszego zawodu, ale także nasze miejsce zamieszkania, sytuacja w naszej branży, ogólny stan gospodarki, czy nawet nasza płeć i wiek. Dlatego z dużą rezerwą podchodzę do porad typu: zarabiaj więcej, stwórz dodatkowe źródła dochodu itp. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że czy nam się to podoba, czy nie, mamy o wiele większą kontrolę nad tym jak wydajemy od tego ile zarabiamy. Dlatego też dużo łatwiej zaatakować swoje finanse domowe od strony kosztowej niż przychodowej.

Patrząc na to od strony osoby piszącej bloga o tematyce finansowej, podejście kosztowe ma wielką zaletę, a mianowicie, w przeciwieństwie do podejścia przychodowego, można je niemal na ślepo zastosować u każdego. Zarabiasz miliony czy średnią krajową, moje rady dla Ciebie odnośnie kontroli kosztów będą takie same. No może prawie takie same. Natomiast rady o zwiększeniu zarobków są najczęściej kompletnie bezsensowne, a przynajmniej nijak mają się do specyficznej sytuacji danego czytelnika. Co ja mogę poradzić weterynarzowi? Co mi może poradzić student drugiego roku filologii ? Chyba niewiele.

Wracając jednak ze świata wirtualnego do realnego warto zastanowić się nad korzyściami jakie płyną z koncentrowania się na zmniejszaniu i kontroli kosztów życia codziennego, w przeciwieństwie do wysiłków wkładanych w powiększanie dochodów. Obok wspomnianego już aspektu większej kontroli i wpływu jaki mamy na sposób wydawania pieniędzy, musimy także zauważyć kolejną ważną zaletę podejścia kosztowego jaką jest jej natychmiastowy wpływ na naszą sytuację finansową. Korzyści są tu i teraz, a nie gdzieś tam w marzeniach. Podejście kosztowe ma jeszcze jedną przewagę nad podejściem przychodowym, a mianowicie uczy nas jak kontrolować nasze finanse, jak zarządzać tym co mamy. Życie zna wiele przykładów na to, że nawet ludzie zarabiający miliony bankrutują, bo nie udaje im się zwiększać zarobków, szybciej niż rosną ich koszty życia.
Kolejna sprawa to minimalny czas jaki potrzebujemy na uporządkowanie strony kosztowej naszych finansów osobistych, w przeciwieństwie do zwiększania dochodów. Pomimo tego, że z łatwością można znaleźć autorów kreślących przed nami wizje nic nie robienia w zamian za wielkie pieniądze, to ja jeszcze nigdy nie poznałem człowieka sukcesu, który nie pracował od rana do nocy. W związku z tym pokuszę się o być może ryzykowną tezę, że dochód przeciętnego człowieka jest wprost proporcjonalny do czasu poświęconego na jego uzyskanie. Innymi słowy, chcesz mieć więcej, pracuj więcej! Nie dla każdego jest to kusząca alternatywa.

Jak widać dla mnie zalety podejścia kosztowego są duże. Na tyle duże, że na moim blogu nie znajdziecie porad jak zarobić więcej. Nie oznacza to jednak, że uważam, że każdy powinien się pogodzić z tym co ma i operować tylko i wyłącznie w obrębie tego co ma. Bynajmniej! Szukajmy sposobów, żeby zarabiać jak najwięcej, jednak problemy finansowe rozwiązujmy przez wydawanie jak najmniej. Wszak lepszy wróbelek w garści niż ........:)

Przeczytaj także:
Programy lojalnościowe - czy lojalność popłaca?
Efekt małych procentów
7 prostych kroków do finansowej niezależności
Karty kredytowe - źródło naszych problemów?
Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami

wtorek, 3 listopada 2009

Co przeszkadza nam w osiągnięciu finansowego sukcesu?

Finansowy sukces jest stanem pożądanym przez większość ludzi. Oczywiście jest to pojęcie bardzo szerokie i każdy definiuje je sobie inaczej. Dla jednego to miliony w banku, dla kogoś innego to 1000zł dodatkowego pasywnego dochodu miesięcznie. Dla mnie osobiście sukces finansowy przekłada się w pierwszej kolejności na bezpieczeństwo finansowe. Niezależność finansowa jest dla mnie marzeniem i raczej jestem pogodzony z tym, że marzeniem może na zawsze pozostać. Jak już wcześniej pisałem celuję w drugi poziom bezpieczeństwa finansowego, o którym nowi czytelnicy mogą sobie poczytać tutaj. Jak każdemu jednak, także i mi, życie lubi od czasu do czasu podstawić nogę:). Nie zawsze udaje mi się osiągnąć zaplanowaną stopę oszczędności, czasami nawet mogę pochwalić się ujemną stopą oszczędności. Pomimo tego, że jestem dość odporny na pokusy konsumpcyjnego stylu życia to jednak w moim życiu często pojawiają się nieprzewidziane i niezaplanowane wydatki. Ot uroki rodzinnego życia. Wczoraj na przykład zostałem bardzo niemile zaskoczony rozliczeniem za prąd. Prąd podrożał i to bardzo. Niby o tym wiedziałem, ale i tak doznałem szoku gdy zobaczyłem książeczkę za energię elektryczną. Efektem niestety będzie miesiąc, w którym raczej nic nie zdołam odłożyć. Takie miesiące niestety mi się zdarzają, co ciekawe jestem osobą, która raczej w 99% stosuje się do swoich własnych rad udzielanych na blogu FINANSE DOMOWE. To powoduje, że zacząłem zastanawiać się dlaczego tak ciężko jest nam osiągać kolejne finansowe cele. Dochodzę do wniosku, że możemy robić wszystko podręcznikowo, a i tak jedna mała dziurka w kadłubie może zatopić, albo chociażby podtopić nasz okręt. Poniżej przedstawiam listę moim zdaniem najważniejszych przyczyn dla których większość ludzi nie osiąga sukcesu finansowego.

1. Brak jasno sprecyzowanych, realistycznych i osadzonych w czasie celów.
Bez celów jesteśmy jak łódka dryfująca po morzu. Dzisiaj płyniemy tam, jutro gdzie indziej. Rządzi nami przypadek. Trudno w ten sposób coś osiągnąć. Nie mówiąc o motywacji.

2. Brak dyscypliny
Wiemy czego chcemy, ale nie mamy dość siły wewnętrznej, żeby konsekwentnie do tego dążyć.
Szybko się poddajemy, najczęściej tłumacząc to czynnikami zewnętrznymi. Na przykład straciliśmy pracę bo szef się na nas uwziął, a tak naprawdę byliśmy po prostu miernym pracownikiem itp.

3. Materializm
Zawsze musimy mieć najmodniejsze ciuchy, najnowszy samochód, czy jechać na wypasione wakacje. Jeżeli do tego jeszcze dołożymy skłonność do finansowania rozpasanej konsumpcji długiem to możemy być niemal pewni, że na bogatych co najwyżej będziemy wyglądać w oczach sąsiadów i znajomych!

4. Złe inwestycje
No cóż, nawet jak we wszystkich pozostałych punktach nasza postawa jest wzorowa, a regularnie podejmujemy błędne decyzje inwestycyjne to niestety o sukcesie finansowym możemy zapomnieć. Polecam poczytać ten wpis.

5. Podatki
Wiadomo, bez podatków bogacilibyśmy się szybciej. Należy ich płacić jak najmniej. Mam tu jednak na myśli optymalizację, a nie miganie się od płacenia w ogóle. To drugie może się dla naszych finansów skończyć tragicznie.

6. Inflacja
Jest to cichy zabójca w drodze do bogactwa. Nie mamy jednak na nią wpływu, musimy nauczyć się razem żyć:). Kluczowe jest zrozumienie jaki wpływ ma inflacja na nasze finanse i jak planować uwzględniając inflację. Polecam przeczytanie tego wpisu.

7. Zdarzenia losowe
No cóż ten punkt może rozłożyć nasze finanse i życie w ogóle w kilka chwil. Tutaj niestety w niczym nie pomoże nam roztropność, wiedza i motywacja. Wszystko w rękach Boga. W codziennym życiu może nam się przytrafić bardzo wiele niespodziewanych wydatków. Od nadzwyczaj wysokiego rachunku za prąd po konieczność płacenia wysokich kosztów leczenia ciężkiej choroby. Niestety na wszystko nie możemy być przygotowani. Bardzo przydatne jest posiadanie jak największego funduszu bezpieczeństwa.

Oto moim zdaniem największe "szkodniki" na naszej drodze do sukcesu finansowego. Sam osobiście najbardziej obawiam się punktu drugiego i siódmego. A wy?

Przeczytaj także:
Trzy rady finansowe dla przyjaciela
Zarabiam wystarczająco dużo, a Wy?
7 prostych kroków do finansowej niezależności
Jak poradzić sobie z niespodziewanymi pieniędzmi?
Etapy finansowe w naszym życiu
Jak mierzyć finansowy sukces?

poniedziałek, 2 listopada 2009

Blog FINANSE DOMOWE - październik 2009

Czas na podsumowanie blogowania w miesiącu październiku. Co tu dużo mówić, w porównaniu do września mam same wzrosty! FINANSE DOMOWE w ciągu miesiąca zanotowało ponad 14 tys. odwiedzin i prawie 35 tys. odsłon. Myślę, że jak na bloga, który wystartował kilka miesięcy temu, jest to całkiem przyzwoity wynik. Szczególnie cieszy mnie olbrzymi przyrost stałych czytelników. Na dzień dzisiejszy ponad dwieście osób subskrybuje treść FINANSÓW DOMOWYCH (dokładnie 202 osoby). W październiku napisałem 15 wpisów, które były skomentowane 327 razy! Dziękuję wszystkim za wyrażanie swoich opinii. Nie zawsze się zgadzamy, ale mam nadzieję, że jednak nawzajem się od siebie uczymy:).

Najchętniej czytanymi październikowymi wpisami były w kolejności:

1. Poziomy bezpieczeństwa finansowego
2. Moja wartość netto - wrzesień 2009
3. Najpierw płać sobie!
4. Klucz do bogactwa
5. Aktywa, pasywa, Kiyosaki

Tradycyjnie podaję listę pięciu blogów, które w całym miesiącu skierowały do mnie najwięcej czytelników. Są to w kolejności:

1. APPfunds
2. Oszczędzanie pieniędzy
3. Zapiski frugalistki
4. Finanse kobiecą ręką
5. Milion z tysiąca

Gorąco zachęcam wszystkich czytelników FINANSÓW DOMOWYCH do odwiedzania powyższych blogów!

W październiku po raz pierwszy w historii bloga najwięcej wizyt zawdzięczam jednak wyszukiwarce google. Wynika z tego, że FINANSE DOMOWE są coraz wyżej indeksowane. Bardzo mnie to oczywiście cieszy. Coraz więcej osób wstawia linki do mnie nawet nie prosząc o link zwrotny. A to błąd:). Jeżeli przegapiłem kogoś to dajcie znać, chętnie się odwdzięczę!

Planowane zmiany:
W listopadzie na blogu pojawią się reklamy ADsense. Postanowiłem sprawdzić, czy w polskim internecie można się dorobić:). Postanowiłem także zmniejszyć częstotliwość publikowania mojej wartości netto. Od teraz będę to robił raz na kwartał. Kolejny raz w styczniu. Uznałem, że miesięczne zestawienia nie mają większego sensu. Raz na kwartał będzie w sam raz.

Przeczytaj także:
Blog FINANSE DOMOWE - wrzesień 2009
Znowu kupuję nieruchomość
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Sztuka wydawania
Kura znosząca złote jajka

środa, 28 października 2009

Spłacać dług czy inwestować? cz.1


Inwestować czy eliminować zadłużenie? Jest to jeden z najczęstszych i wbrew pozorom wcale nie łatwych problemów przed, którym staje każdy kto uporządkował swoje finanse domowe na tyle, że jest w stanie regularnie osiągać nadwyżki finansowe. Oczywiście upraszczając problem do prostej arytmetyki, możemy, po prostu porównać oprocentowanie długu ze spodziewanym zwrotem z inwestycji i na tej podstawie podjąć decyzję. Sprawa wydaje się być prosta, jeżeli oprocentowanie kredytu, który spłacamy wynosi powiedzmy 8% w skali roku, a na oku mamy inwestycję, na której spodziewamy się zarobić 20% to wydaje się, że powinniśmy zainwestować. Gdyby to oprocentowanie było wyższe od spodziewanego zwrotu z inwestycji to powinniśmy spłacać dług. Tyle miłej teorii, bo życie jak to życie, nie zawsze daje się zamknąć w sztywne ramy matematyki.
Pierwszy problem jaki pojawia się na horyzoncie to ryzyko! Pewne jest tylko ile kosztuje nas dług, zwrot z inwestycji najczęściej jest niepewny! Konia z rzędem temu, kto zgadnie ile zarobię i czy w ogóle zarobię w przyszłym roku na inwestycjach. Pewne jest tylko ile zapłacę odsetek mojemu bankowi za udzielone mi kredyty. Oczywiście mogę zapłacić trochę więcej, albo mniej, bo to zależy od WIBORu, niemniej jednak mogę spokojnie to oszacować. Czyli każdy kto mówi nam, że w tego typu decyzjach należałoby porównać koszty obsługi długu ze spodziewanymi zwrotami z inwestycji ma rację, ale tylko teoretycznie!:)

W praktyce porównujemy wróbla, którego mamy w garści, z pięknym ptakiem siedzącym wciąż na dachu. Może go złapiemy, a może nie! Boleśnie przekonało się o tym wielu Polaków, którym kilka lat temu sprzedawcy produktów finansowych nazywający sami siebie doradcami finansowymi, doradzali zakup nieruchomości w 100% finansowanych kredytem hipotecznym, a za wolne środki kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych. Wyglądało to tak, że do "doradcy" przychodził człowiek posiadający 50tys zł na wkład własny i ofertą zakupu mieszkania za 250 tyz zł. Co ów człowiek usłyszał od naszego "doradcy"? Ano to, że giełda rośnie tak bardzo, że nie ma sensu zamrażać własnych pieniędzy w mieszkaniu, lepiej wziąć kredyt na 250 tys, a nie tylko na 200 tys, a za swoje pieniążki kupić jednostki funduszy inwestycyjnych. Po czasie te 50 tys zł z łatwością samo pomnoży się do wielkich kwot. Czyli za 5-10-15 lat okaże się, że de facto, mieszkamy za darmo! Cudowna perspektywa! Jak to się skończyło każdy wie. Dziś mieszkanie kupione za 250 tys jest warte 180 tys, za to zadłużenie denominowane we franku urosło z 250 do 35o tys zł. Na inwestycjach w funduszach ów Kowalski, być może tak dużo nie stracił, o ile nie spanikował w lutym, kiedy jego inwestycja była warta 20-30 tys. Zarobił tylko "doradca"! Zamiast prowizji za kredyt w wysokości 200tys zł, zgarnął prowizję za 300 tys zł (kredyt na 250 + fundusze 50). Jeden zarobił na naiwności drugiego i życie toczy się dalej.

Jak z tego płynie lekcja dla nas przeciętnych szaraczków:)? Po pierwsze, nie wierzmy nikomu kto "doradzając" nam, nie czerpie zysków tylko i wyłącznie za efektywność swoich porad, a zarabia raczej prowizję za to, że nam coś wciśnie. Po drugie nie porównujmy rzeczy pewnych z niepewnymi! To, że na papierze da się zarobić to jedno, a to, że w życiu mozliwe są różne scenariusze to drugie. Nie zawsze wszystko idzie tak jak byśmy sobie tego życzyli! W życiu, w miłości i w finansach:)

Co w takim razie zrobić z naszą nadwyżką finansową? Spłacać długi, czy inwestować?!
Moim zdaniem, po pierwsze spłacać zły dług! Jeżeli mamy 5000zł zadłuzenia na kartach kredytowych, to na miłość boską, nie pakujmy się z naszymi pieniędzmi w jakiekolwiek inwestycje. Zainwestujmy w nasz własny dług! Nie ma, powtarzam, nie ma, lepszej inwestycji od pozbycia się złego długu! Żadne złoto, diamenty, wino, obrazy, czy akcje nie przebiją gwarantowanych 20% w skali roku! Nikt nie zagwarantuje nam podobnych zwrotów! A jeżeli ktoś nam coś takiego obiecuje, to od razu wyrzućmy go za drzwi!:). Nie róbmy głupot zakładając lokaty w banku na 5% w skali roku, jednocześnie płacąc temu samemu bankowi 20% za pożyczkę gotówkową! Bank pożycza nam swoje pieniądze na 20%, a my mu swoje na 5%. Mało inteligentne, nieprawdaż?
W przypadku złego długu sprawa jest jasna, spłacamy go, zanim zaczniemy inwestować.
Co jednak robić w przypadku dobrego długu? O tym będzie w części 2:) Już wkrótce!

Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Potop - czyli ciąg dalszy walki z zadłużeniem
Ignoruj informacyjny hałas!
Inwestuj tylko w to na czym się znasz!
Sztuka wydawania

czwartek, 22 października 2009

Małymi kroczkami do celu - czyli jak zabrać się za swoje finanse według Dava Ramseya.

Dave Ramsey to jeden z najpopularniejszych tzw. guru finansów osobistych w USA. Ramsey nie lubi długu i przede wszystkim koncentruje się na sposobach walki z zadłużeniem. Jakiś czas temu na blogu pisałem o Kuli Śniegowej Ramseya. Bardzo popularnym w USA i w niektórych przypadkach, polecanym także przeze mnie sposobie na pozbycie się zadłużenia.
Dave Ramsey jest zdecydowanym zwolennikiem behawioralnego podejścia do finansów osobistych.
Często można od niego usłyszeć, że finanse osobiste to nie matematyka i bardzo często do sukcesu nie prowadzi najprostsza/najkrótsza droga. Kluczowe są aspekty psychologiczne. Lepiej osiągnąć drobny sukces psychologiczny, niż podjąć matematycznie słuszną drogę, po to tylko, żeby za chwilę się wypalić. Innymi słowy warto schylić się po złotówkę, choć teoretycznie wiadomo, że przy większej dyscyplinie i sile woli można by było zarobić 50gr więcej. Do mnie osobiście takie podejście bardzo przemawia. Jestem przekonany, że finanse osobiste to psychologia w 99 procentach. Życie wielokrotnie karało moją pychę. Ilekroć byłem przekonany, że będę lepszy, czy silniejszy od większości, zawsze los mnie karał. Stąd moja sympatia do pomysłów Ramseya. Lepiej stawiać sobie mniejsze, mniej optymalne, ale za to bardziej realne cele, niż wielkie, nawet teoretycznie możliwe, lecz trudne do osiągnięcia. W życiu rzadko kiedy przecież, coś wychodzi nam w 100%. Trudno też przez dłuższy czas jechać z nogą na gazie. Tak się po prostu nie da! Prędzej czy później dopadnie nas zmęczenie, wypalenie, zabraknie szczęścia. Lepiej chyba być żółwiem idącym powoli, ale cały czas do celu, niż zającem pędzącym, ale nie dobiegającym do mety! A wy co na ten temat myślicie?
Wracając do Ramseya to wymyślił on 7 kroków "od zera do milionera" chciałoby się rzec, które według niego, każdy z nas powinien podjąć, żeby uporządkować swoje finanse osobiste, pozbyć się długów i w konsekwencji osiągnąć finansową niezależność.

1. Rozpocznij budowanie funduszu bezpieczeństwa - cel na początek to 1000 USD
Ramsey uważa, że reorganizację naszych finansów powinniśmy rozpocząć od uciułania stosunkowo małej kwoty jaką jest 1000 dolarów. W polskich warunkach niech to będzie 2500-4000 złotych. Taki fundusz bezpieczeństwa to niewiele, ale jednak jest to zmiana w naszym nastawieniu/podejściu do finansów osobistych. Żeby nazbierać nawet najmniejszą kwotę musimy wprowadzić w życie zasadę WYDAWAJ MNIEJ NIŻ ZARABIASZ. Z tego chociażby punktu widzenia, nazbieranie nawet dość niewielkiej kwoty jest dla nas znaczącym zwycięstwem psychologicznym. Udowodniamy sobie, że potrafimy, że jednak się da!

2. Spłać cały "zły dług" stosując metodę Kuli Śniegowej
Gdy posiadamy już nasz minimalny fundusz bezpieczeństwa, powinniśmy skierować swoją uwagę na walkę ze
złym długiem. Ramsey poleca swoją Kulę Śniegową. Ja uważam, że jakikolwiek sposób jest dobry, pod warunkiem, że jest komfortowy dla nas i prowadzi do celu. Metod jest wiele, na blogu pisałem na przykład o Płatkach Śniegu i Potopie. Polecam przeczytać:).
Jakakolwiek metodę wybierzemy, ważne jest, żebyśmy pozbyli się złego długu!

3. Dokończ budowanie funduszu bezpieczeństwa - Twój cel to 3-6 miesięcy kosztów życia w oszczędnościach
O korzyściach płynących z posiadania
funduszu bezpieczeństwa pisałem na blogu już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Napiszę tylko tyle, że rada Ramseya jest w tym wypadku dość standardowa. Większość tzw. ekspertów taką właśnie wielkość doradza.

4. Inwestuj 15% dochodu domowego brutto na emeryturę.
Tutaj trzeba zwrócić uwagę na różnice pomiędzy amerykańskim i polskim systemem emerytalnym i podatkowym. Co innego znaczy brutto w USA, a co innego u nas. Mamy też inne systemy emerytalne, inne zachęty podatkowe, koszty opieki zdrowotnej itd. itd.
W każdym razie warto byłoby się zastanowić dlaczego 15, a nie np. 12, czy 18 procent. Myślę, że Ramsey podaje taką właśnie liczbę, bo jest w okolicach pożądanej stopy oszczędności. Każdy jednak powinien dokonać własnych wyliczeń. Moim zdaniem podawanie takiej czy innej liczby, bez brania pod uwagę indywidualnych uwarunkowań jest błędne. W każdym razie trudno się z Ramseyem nie zgodzić, że powinniśmy inwestować conajmniej 10% swojego dochodu.

5. Zacznij zbierać na studia swoich dzieci
Ramsey uważa, że kiedy mamy już odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa, spłaciliśmy "zły dług", oszczędzamy na własną emeryturę to powinniśmy zacząć myśleć o sfinansowaniu studiów dzieci. Z tym punktem raczej się nie zgadzam! Uważam, że jedynym przypadkiem kiedy jako rodzic wziąłbym pod uwagę sfinansowanie studiów swojego dziecka, byłyby jego nadzwyczajne talenty, wróżące mu ponadprzeciętną karierę naukową w wybranej dyscyplinie, lub też "ciężki" kierunek studiów dający dobre perspektywy zarobkowe w przyszłości. Jeżeli jednak mój syn nie bedzie miał pomysłu na siebie, a studia bedzie chciał potraktować jako sposób na przedłużenie dzieciństwa to sorry Winetou, ale nie za moje pieniądze:). Mozna pracować i studiować.

6. Nadpłacaj kredyt hipoteczny
Punkt logiczny, choć wcale nie pozbawiony kontrowersji. Wielu uważa, że zamiast spłacać kredyt powinno się nadwyżki inwestować. Wiele dobrych argumentów po obu stronach. Temat będzie wkrótce poruszony na blogu:)

7. Bogać się i dziel się z potrzebującymi
Nie mając kredytów, dzieci na utrzymaniu, a z drugiej strony wydając mniej niż zarabiamy, jednocześnie inwestując nadwyżki, nie mamy wyboru. Musimy się bogacić! Oczywiście dzielić bogactwem też powinniśmy. Problem charytatywności niedawno na swoim blogu poruszył Marcin. Polecam przeczytać jego
artykuł.

Jak widać rady Ramseya są dośc standardowe, nie zawsze trzeba sie do nich stosować w 100%, jednak trudno się nie zgodzić co do ogólnego przesłania. Zadbaj o nadwyżki finansowe, spłać długi, zabezpiecz się finansowo, inwestuj. Recepta jest ogólnie znana, różnić możemy się co do szczegółów. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, żeby pamiętać, że kiedy znajdziemy się w dołku finansowym, mamy przestać kopać!

Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Przeliczanie długu na raty!
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Trzy rady finansowe dla przyjaciela
Efekt małych procentów

poniedziałek, 19 października 2009

Dywersyfikacja

Niedawno pisałem o alokacji aktywów jako sposobie na ograniczanie ryzyka w inwestycjach. Idea jest prosta, zamiast kupować tylko jeden rodzaj aktywów np. akcje, inwestujemy w różne klasy aktywów. Dzieląc nasz portfel pomiędzy np. złoto, akcje, obligacje i nieruchomości chronimy się przed ryzykiem znaczących strat w wypadku gdybyśmy nietrafnie przewidzieli rozwój sytuacji na jednym z wybranych przez nas rynków. Jednak alokowanie naszych pieniędzy pomiędzy różnymi klasami aktywów jest tylko jednym z możliwych sposobów na dywersyfikacje portfela, innym jest dywersyfikacja w obrębie tej samej klasy aktywów.
Załóżmy, że jesteśmy optymistycznie nastawieni co do perspektyw banku PEKAO S.A., jednak kupując akcje tego banku za 100% gotówki, ponosimy duże ryzyko związane po pierwsze z rynkiem akcji, po drugie z sektorem bankowym, a po trzecie z ryzykiem związanym z działalnością naszego banku. Tak naprawdę nie wiemy co stanie się z naszą giełdą za 3 miesiące, może będą wzrosty, a może spadki. Nie wiemy też, czy za jakiś czas nie dowiemy się, że jakaś duża instytucja finansowa zza oceanu nie wpadnie w tarapaty związane z niespłacanymi kredytami hipotecznymi, czy kartami kredytowymi. Mogłoby to wywołać panikę i kolejną falę wyprzedaży firm z sektora finansowego na całym świecie. Nie wiemy też, czy włoscy właściciele PEKAO jutro nie ogłoszą problemów finansowych na własnym podwórku, czy jutro zarząd nie poda się do dymisji, czy bank nie ogłosi niespodziewanie słabych wyników operacyjnych itd., itd.
Jak widać inwestując tylko w jeden walor, narażamy się na wiele potencjalnych źródeł ryzyka.
Możemy sobie jednak z tym problemem do pewnego stopnia poradzić poprzez odpowiednią dywersyfikację. Zamiast kupić akcje tylko PEKAO, możemy także kupić akcję jednego czy kilku innych banków.
W ten sposób niejako chronimy nasz portfel przed złymi informacjami płynącymi z PEKAO. Nawet jak tam pójdzie coś nie tak, to mamy jeszcze inne banki w naszym portfelu! Jednak inwestując tylko w akcje banków, nie uchronimy się przed ewentualnym negatywnym sentymentem do całego sektora finansowego. Gdy pojawia się panika wywołana plotkami o np. złych wynikach bankowego giganta, to inwestorzy rzucają się do wyprzedaży wszystkich banków, nie zwracając uwagi na ich indywidualną sytuację. Musimy brać to pod uwagę i nabyć do naszego portfela także akcje firm działających w innych, jak najmniej powiązanych (skorelowanych) z bankami sektorów gospodarki. Taka właśnie sektorowa dywersyfikacja, może uchronić nas przed wpływem pojawiających się, od czasu do czasu, fal pesymizmu w stosunku do tych czy innych sektorów gospodarki.

Kolejnym ważnym źródłem ryzyka jest
ryzyko geograficzne. Kwestie inwestycji na rynkach zagranicznych poruszył niedawno na swoim blogu APP, można o tym przeczytać tutaj. My musimy sobie zdać sprawę, że nawet kiedy wszelkie analizy wskazują na to, że inwestycje np. na rynku indyjskim będą zyskowne, to i tak jedna zbrojna akcja armii pakistańskiej w Kaszmirze, może doprowadzić do ucieczki kapitału zagranicznego z giełdy w Bombaju. To co wczoraj miało wielki potencjał zysku, dzisiaj może przynieść straty. Powodem może być sytuacja polityczna czy niespodziewany kryzys gospodarczy, ale także np. anomalia pogodowa.

Jaki z tego wszystkiego płynie morał? Ano taki, że warto inwestować w nie tylko różne klasy aktywów, ale także dywersyfikować swoje inwestycje w obrębie tych samych klas aktywów. Nie warto też ograniczać się tylko i wyłącznie do naszego polskiego podwórka. Świat jest pełen okazji inwestycyjnych, warto z nich korzystać, przy okazji uodparniając stan własnego portfela na ryzyko wynikające z nadmiernego zaangażowania się na konkretnym rynku.

Jak to zrobić w praktyce? Zdaje sobie sprawę, że przeciętnemu inwestorowi, szczególnie takiemu, który ma dość ograniczoną wiedzę i doświadczenie, ale także zasoby portfela, ciężko jest myśleć o spekulowaniu na kontraktach na argentyńską wołowinę, czy samodzielnie kupować akcje nawet na GPW, o innych rynkach nie wspominając. Do tego potrzebny jest czas, wiedza i pasja. Większość ludzi tego nie ma. Ja właśnie zaliczam się do tej grupy. Nie inwestuję nawet samodzielnie na GPW, choć przyznam, że w przeszłości próbowałem, z dość jednak mizernym skutkiem. Na szczęście tacy jak ja i myślę, że większość czytelników bloga FINANSE DOMOWE, który jest adresowany do ludzi próbujących rozsądnie zarządzać swoim budżetem domowym, mamy do swojej dyspozycji wiele instrumentów finansowych, które są mało skomplikowane, a przy tym pozwalają nam na rozsądną dywersyfikację naszych inwestycji. Po raz kolejny zaznaczam, że nie jestem, ani nie uważam się za eksperta w dziedzinie inwestycji giełdowych, dlatego proszę o nie kopiowanie moich własnych rozwiązań. Mój portfel podaje tylko i wyłącznie w celach poglądowych!

Osobiście inwestuję w następujące klasy aktywów:
1. Nieruchomości
2. Akcje
3. Surowce (pośrednio)

W akcje inwestuję za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych co samo z siebie zapewnia mi bardzo szeroką dywersyfikację. Na dzień dzisiejszy fundusze akcyjne to jakieś 80 tys. zł, czyli około 45% mojego portfela (to się niedługo zmieni po finalizacji zakupu najnowszej nieruchomości, o czym piszę tutaj). Z tego 70 tys. zł jest zainwestowane w fundusze akcji polskich, około 6tys. zł mam w funduszu HSBC Rosja, a pozostałe jakieś niecałe 5tys. zł trzymam w funduszu HSBC Indie. Inwestycję na rynku rosyjskim od początku potraktowałem jako pośrednie zaangażowanie w surowce. Wiadomo, że giełda rosyjska tańczy tak jak rynki surowców jej zagrają:). W akcje indyjskie postanowiłem zainwestować z racji wielkości i olbrzymich perspektyw jakie według mnie ma ten rynek. Nie bez znaczenia była też dla mnie kwestia etyczna, bo Indie to państwo demokratyczne. Był to główny powód dlaczego wybrałem Indie, a nie Chiny. Jak do tej pory inwestycje zagraniczne przynoszą mi najwyższe zwroty! W przyszłości zamierzam zainwestować w jakiś fundusz inwestujący w Ameryce Południowej, być może nawet w Afryce. Wydaje mi się, że idealnie byłoby mieć 10-20% portfela zainwestowane w aktywa zagraniczne. Do takich wielkości będę próbował dążyć. Przydałaby mi się jeszcze być może większa ekspozycja na surowce. Podobają mi się perspektywy na rynkach srebra i gazu. Raczej jednak nie będę samodzielnie spekulował na tych surowcach. Bardziej prawdopodobne jest zwiększanie mojego zaangażowania w akcje rosyjskie za pośrednictwem któregoś z funduszy inwestycyjnych. Takie pośrednie zaangażowanie, moim zdaniem, jest lepsze dla przeciętnego inwestora. Nie wymaga specjalistycznej wiedzy o danych rynkach i instrumentach finansowych, a z drugiej strony pozwala czerpać korzyści ze wzrostów cen surowców.
W swoich inwestycjach unikam instrumentów bezpiecznych. Uważam, że mój horyzont inwestycyjny jest na tyle długi, że mogę więcej ryzykować. Zresztą w dzisiejszych czasach inwestycje w bony skarbowe, czy obligacje pozwalają na zachowanie realnej wartości pieniądza. Mi zależy na realnym, przynajmniej kilkuprocentowym zwrocie. To w dłuższym terminie mogą zapewnić akcje, nieruchomości i surowce. Stąd te klasy aktywów w moim portfelu.

Jak widać staram się nie wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka, choć przyznam szczerze, że mój portfel nie jest jeszcze zdywersyfikowany tak jak bym sobie tego życzył. Cały czas jednak nad tym pracuję:)

Przeczytaj także:
Alokacja aktywów
Ryzyko w finansach
Ignoruj informacyjny hałas
Jak inwestować? - radzi John Templeton
Przeliczanie długu na raty



piątek, 16 października 2009

Kolonializm naszych czasów

Kiedy zastanawiam się nad przyczynami wielu podejmowanych w życiu decyzji, dochodzę do wniosku, że wiele rzeczy robimy by przypodobać się, nie narazić się lub też wzbudzić zazdrość u przysłowiowych Kowalskich. Chęć rywalizacji jest w nas głęboko zakorzeniona. Chcemy być lepsi, ładniejsi, mieć nowszy samochód, większy dom i jeździć na fajniejsze wakacje od naszych sąsiadów, znajomych, czy kolegów z pracy. Choć trudno się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, to jednak zazdrościmy innym sukcesów życiowych. Takiej "rywalizacji" sprzyja nasze otoczenie. Jest ona wręcz w sprytny sposób podsycana przez reklamodawców. Pisałem już na blogu o hasłach: "stać cię na więcej", "jesteś tego warta", "Ty też możesz" itp. Tego typu reklamy wykorzystują i podsycają naszą chęć prześcignięcia, czy chociażby doścignięcia Kowalskich.
Skoro nie jestem postawną blondynką jak Kowalska, to chociaż będę miała lepszy samochód, albo przynajmniej pojadę na wakacje do Tajlandii (Kowalska była tylko nad Bałtykiem). Co prawda na koncie w banku nie mam pieniędzy, ale skoro z telewizora nawołują, że "jestem tego warta", a bank na siłę chce wcisnąć mi kredyt gotówkowy na 15 tys. zł, to znaczy, że na wyjazd mnie stać. Jest to typowy schemat podejmowania decyzji o zakupie:
Po pierwsze psychologia -"dajemy sobie" wmówić, że jesteśmy wyjątkowi, że nam się należy, skoro inni mogą to my też itp.
Po drugie - pozwalamy się przekonać, że nas na coś stać. Przeliczamy koszt zakupu na ratę kredytową, wmawiamy sobie, że skoro bank nam daje to znaczy, że nas stać.
Nic bardziej błędnego! Niby czemu ma się nam należeć telewizor? Co w nas jest takiego wyjątkowego, że należą nam się egzotyczne wakacje na kredyt? Miliardom ludzi nie należy się nawet miska ryżu dziennie! W czym akurat my jesteśmy tacy wyjątkowi, że powinno się nam należeć więcej? Tak naprawdę w niczym. Na naszym dobrym samopoczuciu, na naszym sztucznym poczuciu bezpieczeństwa żerują firmy wpychające nam zachcianki. To producenci dóbr konsumpcyjnych kreują naszą rzeczywistość. Sprawiają, że stajemy się niewolnikami "koralików i świecidełek". Tak jak żeglarze w dawnych czasach wymieniali lusterka i błyskotki za kość słoniową, skóry lampartów, czy inne bogactwa. Tak dzisiaj firmy za pomocą sztuczek marketingowych sprzedają nam błyszczące gadżety za .......nasz czas! Czas, który spędzamy na pracy, po to żeby kupić sobie koraliki i świecidełka 21 wieku! 200 lat temu, myśliwy w Afryce ryzykował swoje życie, żeby zdobyć skórę lamparta i potem wymienić ją za garść koralików. Dzisiaj robimy dokładnie to samo! Pracujemy godzinami, ryzykujemy zdrowie, po to tylko, żeby wejść w posiadanie czegoś co ma minimalną wartość materialną i tak naprawdę nie kreuję żadnej wartości dodanej w naszym życiu. Afrykański myśliwy szedł po swoje koraliki i często kończył na plantacji trzciny cukrowej w którejś z kolonii, my idziemy po kredyt na wyjazd do Tajlandii i stajemy się niewolnikami banku. A mówią, że świat się zmienia!

Przeczytaj także:
Dobry dług, zły dług
Jakie są Twoje finansowe cele?
Koszt alternatywny
Nie zachowuj się jak struś!
Co wiedzą o nas markety spożywcze?

czwartek, 15 października 2009

Co z naszymi oszczędnościami gdy bank bankrutuje?


Nie jest tajemnicą, że pieniądze zebrane na lokatach i rachunkach, banki wykorzystują na akcję kredytową i szeroko pojętą działalność inwestycyjną. W swoich "skarbcach" utrzymują tylko wymagane minimum, które jest potrzebne do sfinansowania bieżącej działalności. Jak nie trudno się domyślić, gdyby dzisiaj wszyscy ludzie ruszyli do banków po swoje depozyty to odeszliby z kwitkiem. Naszych pieniędzy po prostu fizycznie w bankach nie ma! Nie ma się jednak czym martwić, tak działały i działają banki na całym świecie. To jest normalne, że pieniądze z naszych rachunków bankowych pracują na zysk banku. Można na to popatrzeć w ten sposób, że bank pożycza od nas pieniądze oferując nam jakieś odsetki np. 5% na rachunku oszczędnościowym, a potem przeznacza je na kredyt gotówkowy dla kogoś innego. Spread, czyli inaczej mówiąc różnica pomiędzy jednym i drugim oprocentowaniem to zysk banku. Oczywiście mechanizm ten przedstawiam w wielkim uproszczeniu! Tak czy inaczej, bankom i nadzorcom rynku finansowego, bardzo zależy, żeby ludzie nie tracili zaufania do systemu bankowego. Bo system bankowy, przede wszystkim właśnie na zaufaniu się opiera. Bez zaufania nie będzie depozytów, a bez depozytów kredytów. To jest właśnie przyczyna dla której rządy na całym świecie tak panicznie reagowały na doniesienia o kryzysie finansowym. Politycy bez zmrużenia oka przeznaczali ogromne sumy na ratowanie akcjonariuszy banków. W Polsce, w tym czasie została podniesiona kwota gwarancji na wypadek niewypłacalności banku do równowartości 50tys. EUR. Co to oznacza dla przeciętnego ciułacza? Ano to, że nasze oszczedności trzymane w banku do kwoty 50 tys. EUR są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. W przypadku gdy nasz bank bankrutuje, my w ciągu maksymalnie 40 dni odzyskamy nasze pieniądze. Jeżeli trzymamy w banku więcej niż równowartość 50 tys. EUR, to niestety otrzymamy tylko tyle ile gwarantuje BFG. Natomiast nie tracimy prawa dochodzenia swoich roszczeń ponad tę kwotę. Tutaj jednak wszystko zależy od tego, co uda nam się sądownie wyszarpnąć z masy upadłościowej. Jak by nie było, pieniądze przeciętnego ciułacza są bezpieczne. Nie ważne czy trzymamy oszczędności w PKO BP, w Eurobanku, czy Kredyt Banku. Gwarancje są równe dla wszystkich! Warto tutaj jednak wspomnieć casus Polbanku, który jako oddział banku zagranicznego nie podlega polskiemu nadzorowi finansowemu, a depozyty przez niego zebrane nie są objęte gwarancjami BFG. Są natomiast gwarantowane przez grecki odpowiednik naszego BFG. Pieniądze tam trzymane są tak samo bezpieczne jak w innych bankach. Jedynie być może procedura ich odzyskania może być bardziej skomplikowana, bo sprawy ewentualnych wypłat trzeba byłoby załatwiać z Grekami.

Od niedawna mam utrudniony dostęp do internetu. Nie wiem jak długo ta sytuacja jeszcze potrwa, ale proszę wszystkich o wyrozumiałość. Na wszystkie maile i komentarze staram się odpowiadać jak najszybciej. Jednak prosze o wyrozumiałość i cierpliwość:)

Przeczytaj także:
Finansowy przegląd finansowy
Bądź finansowym realistą!
Najtrudniej zarobić pierwszy milion!
Zasada 72
3 rady finansowe dla przyjaciela


wtorek, 13 października 2009

Znowu kupuję nieruchomość

Od dłuższego czasu znajomy namawiał mnie na wspólny zakup starego domu pod miastem. Cena można powiedzieć okazyjna. Sprzedającą jest samotna starsza kobieta, którą rodzina zabiera zagranicę. Dom, a raczej rudera to nic ciekawego. Ważna jest działka na której stoi, a raczej 2 działki. I tu jest właśnie pies pogrzebany! Wszystko około 10 km od miasta wojewódzkiego, na skraju parku krajobrazowego. A wszystko to dom stojący na działce 21 arów, oraz, i to jest właśnie przysłowiowa wisienka na torcie - przylegająca do domu łąka o powierzchni około 80 arów! W pobliżu wszystkie media i biegnąca wzdłuż łąki asfaltowa droga. I co najważniejsze, po konsultacjach w gminie wynika, że w ciągu kilku lat, raczej będzie można przekształcić tę łąkę w tereny budowlane. Gmina jest tym zainteresowana, kwestia uchwalenia gminnego plany zagospodarowania przestrzennego. Nad którym właśnie trwają pracę. Innymi słowy jak wszystko pójdzie dobrze to za jakiś czas, łąka będzie działkami budowlanymi wartymi 10-20 tys. zł za ar.
Jak podjąłem decyzję? Jakie są za i przeciw?!
1. Argumenty za zakupem:
-Cena 190 tys. zł za całość. Jakby na to nie patrzeć, cena jest atrakcyjna, nawet biorąc pod uwagę kryzys na rynku nieruchomości.
- Możliwość wydzielenia 11 arowej działki z 21 arów na których stoi dom. Geodeta twierdzi, że jest to do zrobienia bez problemu w ciągu kilku miesięcy. Efekt - samodzielna działka budowlana o powierzchni 11 arów, w miejscowości gdzie średnia cena ara na dzień dzisiejszy waha się pomiędzy 10-15 tys. zł.
- Duże prawdopodobieństwo przekształcenia łąki w działki budowlane, co pozwala mieć nadzieję na bardzo duży zysk z inwestycji w perspektywie 2-7 lat.
- Dom stojący na działce można wynająć za kilkaset złotych miesięcznie, co pokryje część kosztów kredytu.
- Dom można także oczywiście sprzedać. Myślę, że realna jest kwota w przedziale 100-200tys. zł. W zależności od tego jak będzie rozwijać się sytuacja na rynku kredytowym. Jeżeli na rynku znacząco się nie pogorszy to w ciągu powiedzmy następnych 3 lat, kupiec powinien się znaleźć.
Jak widać kupując całość i potem dzieląc ją na trzy części można na ich sprzedaży sporo zarobić.

2. Argumenty przeciw zakupowi
- Inwestycja ma potencjalnie spory zwrot, ale znacząco podwyższa ryzyko finansowe dla mojej rodziny do czasu rozpoczęcia jej spieniężania. Musimy wziąć kolejny kredyt hipoteczny w niepewnych czasach.
- Muszę z własnej kieszeni finansować podziały geodezyjne działek, projekty uzbrojenia terenów itd. Niestety będę musiał tutaj korzystać z środków zgromadzonych w funduszu bezpieczeństwa.
Oczywiście wszystkie wykorzystane środki, będą traktowane jako pożyczka i jak najszybciej do funduszu bezpieczeństwa będą wracały.
- Przekształcenie łąki w działki budowlane zależy od decyzji urzędowej. Niby nie powinno być problemów, ale kto wie:)
- Siłą rzeczy nieruchomości zaczną niepodzielnie dominować w moim portfelu inwestycyjnym, choć uważam, że w stosunku do całych moich aktywów inwestycyjnych ich udział już jest większy niż bym sobie tego życzył.
Co przeważyło?
Przede wszystkim to, że nie jest to moje pierwsze doświadczenie na rynku nieruchomości. Już w ten sposób inwestowałem i zarabiałem. Uważam też, że stosunek ryzyka do potencjalnego zysku jest w tym wypadku wyjątkowo korzystny. Nawet jak łąka pozostanie tylko łąką to i tak na sprzedaży domu/rudery z dodatkowo wydzieloną działką powinniśmy minimalnie zarobić, a przynajmniej odebrać swoje pieniądze. W przypadku gdy wyjdzie z łąką, możemy ubić interes życia. Kolejna ważna sprawa to stosunkowo stabilna sytuacja zawodowa moja i żony, i to, że w razie czego możemy spieniężyć posiadane przez nas jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych (80 tys. zł), sprzedać nasz dom itd. Kredyt bierzemy wspólnie ze znajomymi, nasza rata miesięczna powinna wynosić około 500zł miesięcznie. Kwota, która jest do udźwignięcia, choć być może kosztem inwestycji giełdowych. Inwestycję tę traktuję krótkoterminowo, bo mam nadzieję, że do 3 lat odzyskam swoje pieniądze sprzedając dom i wydzieloną działkę. Ewentualna sprzedaż działek wydzielonych z łąki będzie raczej czystym zyskiem, a na to mogę poczekać trochę dłużej.
Zwracam uwagę, że moje cele finansowe się nie zmieniają! Nic nie zmienia się także w moich finansach domowych, oprócz tego, że przez jakiś czas pojawi się dodatkowy kredyt hipoteczny do spłaty. Dzisiaj umowa przedwstępna.

Przeczytaj także:
Alokacja aktywów
Aktywa, pasywa, Kiyosaki
Etapy finansowe w naszym życiu
Potop, czyli dalszy ciąg walki z zadłużeniem
Koszt alternatywny i jego znaczenie w naszym życiu


niedziela, 11 października 2009

Moje cele finansowe

Stali czytelnicy bloga na pewno zauważyli, że do tej pory nie pisałem o swoich celach finansowych. Co prawda, tu i ówdzie coś na ten temat wspominałem, jednak tak naprawdę nic konkretnego, do tej pory nie napisałem. Od razu wyjaśnię, że finansowa niezależność jest moim marzeniem, a nie celem. Jest tak dlatego, ponieważ nie potrafię na razie tego marzenia skonkretyzować, czyli ubrać w liczby i umiejscowić w czasie. A jak wiadomo cel musi być być konkretny, określony w czasie i realistyczny. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Staram się także nie koncentrować na planowaniu krótkoterminowym, choć w wielu przypadkach właśnie cele krótkoterminowe i ich realizacja są kluczowe. Krótki horyzont czasowy i dość łatwe do osiągnięcia cele są bardzo przydatne w realizacji większych celów. Dla wielu osób jest to zalecana droga, powiem więcej, jedyna droga. Jednak nie dla mnie! Ja wolę po prostu koncentrować się na codziennej maksymalizacji oszczędności. Nie wyznaczam sobie celów typu: w tym miesiącu zaoszczędzę 25% wypłaty. Staram się po prostu zaoszczędzić tyle ile mogę. Oczywiście stosuję zasadę najpierw płać sobie, ale na początku, płacę sobie sporo mniej niż bym teoretycznie mógł. Potem dopiero, stosując metodę płatków śniegu staram się powiększać kwotę miesięcznych oszczędności. Zdaję sobie sprawę, że w ten sposób prawdopodobnie oszczędzam mniej niż bym mógł, ale z drugiej strony mając na utrzymaniu dwójkę dzieci w wieku szkolnym, przez cały czas zmagam się z niezaplanowanymi i trudnymi do przewidzenia wydatkami. Obecny system jest efektem doświadczeń na przestrzeni kilku lat, nie jest może najlepszy z punktu widzenia czystej matematyki, ale biorąc pod uwagę moją rodzinę jest chyba optymalny.
Z drugiej strony, rzadko się zdarza, że dany miesiąc kończę bez nadwyżki finansowej. Moje finanse są już na tyle poukładane, że bez większego zastanawiania się i analizy potrafię osiągać pożądane efekty. Czym dłużej na poważnie zajmuję się finansami rodzinnymi , tym mniej potrzebny jest mi arkusz kalkulacyjny i budżet domowy. Wiele rzeczy zaczęło układać mi się w głowie bez liczenia, rejestracji i analizy. Po prostu wiem już ile wydaję i na co wydaję. Wiem jak dużo jestem w stanie zaoszczędzić. Może nie w danym miesiącu, ale na pewno w skali roku.
Dzięki temu doświadczeniu, mogłem zdefiniować swój cel średnioterminowy, pomijając niejako definiowanie mniejszych kroków.

Moim celem finansowym jest osiągnięcie drugiego poziomu bezpieczeństwa finansowego do stycznia 2018 roku.
Poszczególne poziomy bezpieczeństwa finansowego zdefiniowałem sobie
tutaj. Obecnie jestem na pierwszym poziomie. W styczniu 2018 roku będę miał 45 lat. Jedynym moim zadłużeniem będzie kredyt hipoteczny zaciągnięty na budowę domu, który wtedy będzie opiewał na kwotę 250tys zł.
Wynika to z harmonogramy spłat. Do tej pory, tego kredytu nie zamierzam nadpłacać.
Poziom drugi bezpieczeństwa finansowego wymaga posiadanie środków pieniężnych co najmniej równych kwocie zadłużenia, nie wliczając w to funduszu bezpieczeństwa. Fundusz bezpieczeństwa powinien pokrywać co najmniej 12 miesięcy kosztów życia. Idea jest prosta, jeżeli coś nieprzewidzianego i przykrego się wydarzy, powinienem móc pozbyć się zadłużenia i mieć wystarczającą ilość środków, żeby przeżyć co najmniej jeden rok bez pracy.
Czyli mam osiem lat, żeby zgromadzić 250tys złotych i odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa. Zacznijmy od funduszu:
1. Fundusz Bezpieczeństwa
Obecnie mój fundusz bezpieczeństwa opiewa na kwotę około 30tys. zł. jest to w przybliżeniu 6-7 miesięcy kosztów mojego życia. (W zależności jak bardzo obetnę swoje wydatki, w razie potrzeby). Za osiem lat mój fundusz będzie musiał pokryć 12 miesięcy życia mojej rodziny. Mogłoby się więc wydawać, że wystarczy pomnożyć to co jest razy dwa i mamy nową docelową kwotę. Jednak tak nie możemy zrobić z dwóch powodów. Pierwszy to inflacja, a drugi to fakt, że po osiągnięciu drugiego poziomu bezpieczeństwa, koszt obsługi kredytu hipotecznego nie będzie już musiał być wliczany do funduszu bezpieczeństwa. Na to będą przeznaczone pozostałe środki (250tys. zł). Czyli koszty mojego miesięcznego życia, będą znacząco niższe. O ile? O ratę kredytu.
Bez konieczności obsługi kredytu, koszty miesięczne życia spadają o ok. 1500zł. Tak więc w dzisiejszych złotych za 8 lat będę potrzebował mieć (30000/7) = 4300 - 1500zł (rata kredytowa) = 2800zł miesięcznie. W takim razie dwunastomiesięczny fundusz bezpieczeństwa powinien być na kwotę 2800*12= 33600zł. Tyle właśnie będę potrzebował w dzisiejszych złotówkach. Ile to będzie w złotówkach z 2018 roku, nie wiem. To zależy od inflacji. Niestety wydaje mi się, że w ciągu najbliższych lat czeka nas trochę wyższa, niż ta do której zdążyliśmy się przyzwyczaić inflacja. Do swoich wyliczeń przyjmę 5%. Tak więc 33600 do zachowania swojej realnej siły nabywczej w 2018 roku, będzie musiało urosnąć do kwoty około 51 tys. zł. Innymi słowy, w 2018 roku w moim funduszu bezpieczeństwa będzie musiało znaleźć się 51 tys. zł.
Z tego wynika, że muszę zgromadzić dodatkowe 21 tys. zł. Mam na to 8 lat i trzy miesiące. Czyli powinienem powiększać stan mojego funduszu bezpieczeństwa o 212zł miesięcznie. Połowę z tej kwoty to już dopisywane odsetki.

2. Pieniądze na pokrycie kredytu hipotecznego (250 tys. zł + spłata działki budowlanej ok. 20tys. zł)
Na dzień dzisiejszy, nie licząc kwoty zgromadzonej w funduszu bezpieczeństwa, mogę pochwalić się aktywami inwestycyjnymi na kwotę około 150 tys. zł. Czyli jak nietrudno policzyć brakuje mi 120 tys. zł. Czyli 1212zł miesięcznie.

Podsumowanie:
Żeby zrealizować swój średnioterminowy cel finansowy, jakim jest osiągnięcie drugiego poziomu bezpieczeństwa finansowego na moje 45 urodziny. Muszę co miesiąc, przez następne osiem lat, odkładać 1212 + 212=
1424zł. Kwota jak najbardziej realna. Niektórzy zapewne zwrócili uwagę, że w moich planach nie uwzględniłem zwrotów z inwestycji! Nie uwzględniłem, bo są niepewne i dlatego potraktuje je jako bonus! Nawet pomimo tego, że osobiście uważam, że GPW powinna w ciągu kilku kolejnych lat dać ponadprzeciętne zwroty.
Zdaję sobie sprawę, że moje cele w porównaniu do wielu osób piszących w blogsferze są mało ambitne, jednak proszę o nie odbieranie mnie jako osoby pozbawionej ambicji.
Cel finansowy powinien być konkretny, osadzony w czasie i realny do osiągnięcia.
Yossarian za 8 lat chce mieć 250tys. zł oraz dodatkowo 51 tys. zł w funduszu bezpieczeństwa! Jak los nie przeszkodzi to jest to cel do zrealizowania:)

Przeczytaj także:
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Finansowa niezależność - moje spojrzenie
Jakie są Twoje finansowe cele?
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
Najtrudniej zarobić pierwszy milion!

piątek, 9 października 2009

Alokacja aktywów

Regularnie stosując się do rad zawartych na blogu FINANSE DOMOWE, prędzej czy później uporządkujemy nasze finanse osobiste do tego stopnia, że osiągniemy regularne nadwyżki finansowe. Jak już wielokrotnie pisałem jest to pierwszy i najważniejszy krok do bogactwa. Mając regularne nadwyżki, musimy poważnie zastanowić się co z nimi robić. Jak je pomnażać?! Oczywiście możliwości są niemal nieskończone. Ilu ludzi tyle pomysłów na sposoby inwestowania pieniędzy.
Niestety, w finansach, tak jak i w życiu, nie ma nic za darmo. Chcąc zarobić więcej, musimy więcej ryzykować. Czym większy spodziewany zwrot z inwestycji, tym większe ryzyko poniesienia straty. Jest to fundamentalna zależność. Szerzej o niej piszę tutaj.
Na szczęście, ryzyko można ograniczać poprzez inwestowanie w różne klasy aktywów. Inwestorzy dawno zauważyli, że wzrosty i spadki na różnych rynkach są dość trudne do przewidzenia. W jednym roku może rosnąć złoto, w następnym rynki akcji, a jeszcze kiedy indziej dzieła sztuki, czy nieruchomości. Co więcej poszczególne klasy aktywów mogą być skorelowane w różnym stopniu, mogą być także skorelowane negatywnie (wzrost jednego, oznacza spadek drugiego). Co z tego wynika dla przeciętnego ciułacza, który ma trochę gotówki do zainwestowania? Załóżmy, że Kowalski uporządkował już swoje finanse domowe, ma odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa, pozbył się złego długu i posiada 10 tys zł, które chce zainwestować. Jak już wspomniałem powyżej, możliwości ma bardzo wiele. Za całość kwoty może nabyć np. akcje Biotonu, może także za wszystko nabyć obligacje, lub np. kupić złote monety itd.
W pierwszym i trzecim przykładzie ryzyko jest wysokie, ale i ewentualna nagroda (spodziewany zwrot z inwestycji) może być bardzo wysoka. Nikt nie wie, ile za 3 lata będą kosztowały akcje Biotonu, czy uncja złota (tutaj mamy jeszcze dodatkowo ryzyko kursowe, bo cena złota jest wyrażana w USD). Pan Kowalski może zarobić kupę kasy, ale może też kupę kasy stracić. W przypadku obligacji, ryzyko jest minimalne, ale i nasza potencjalna nagroda jest minimalna - zachowanie realnej wartości naszej inwestycji plus mała premia.
Zamiast jednak ładować wszystkie swoje pieniądze w któryś ze wspomnianych aktywów, może w zamian podzielić swoje pieniądze pomiędzy wszystkie trzy. W ten sposób ma większe szanse na to, że uda mu się uczestniczyć w ewentualnych wzrostach na którymś z rynków, a jednocześnie ogranicza swoje ryzyko straty. Jeżeli złoto zamiast wzrosnąć, straci na wartości, to może chociaż nie zawiedzie go Bioton. Nawet gdy złoto i Bioton doświadczą spadków, to cały portfel poniesie mniejsze straty dzięki obligacjom.
Można więc powiedzieć, że alokacja aktywów to nic innego jak podział portfela inwestycyjnego pomiędzy różne klasy aktywów. Podział ten teoretycznie pozwala nam na uczestniczenie we wzrostach na większej ilości rynków, a jednocześnie zmniejsza ryzyko poniesienia strat.
W tym miejscu, trzeba wspomnieć, że proces doboru aktywów do portfela inwestycyjnego jest bardzo osobisty i zależy przede wszystkim od naszego horyzontu inwestycyjnego, tolerancji ryzyka oraz naszego doświadczenia i wiedzy.
Generalnie, im krótszy horyzont inwestycyjny, tym mniej ryzykowne powinny być nasze inwestycje. Więcej o tym można przeczytać tutaj.
Przez wiele lat, najczęściej doradzanym wzorem na wyliczenie właściwej alokacji aktywów dla inwestorów długoterminowych był "100 - wiek", czyli inaczej mówiąc, inwestor długoterminowy powinien alokować w akcje (100-swój wiek)% swoich aktywów. W moim przypadku byłoby to 100-37= 63%. Obecnie zaczynają pojawiać się głosy, że w związku ze zmianami na rynkach długu, gdzie oferowane stopy procentowe są znacząco niższe niż w poprzednich dekadach, właściwy wzór na oszacowanie swojego długoterminowego zaangażowania w akcje powinien wyglądać w ten sposób : 120 - wiek. Czyli w moim przypadku 120-37 = 83%.
To oczywiście są wskaźniki, które w przybliżeniu i na szybko pozwalają nam na oszacowanie jak powinna wyglądać nasza alokacja aktywów. Życie jednak pisze swoje własne scenariusze. Pokażę jak to wygląda na moim przykładzie. Od razu zastrzegam, że absolutnie nikomu nie doradzam skopiowania moich rozwiązań. Nie jestem doradcą inwestycyjnym! Dlatego mój portfel proszę potraktować poglądowo:)

Na dzień dzisiejszy mój portfel to około 180 tys. zł na co składają się:
akcje (za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych) - 90 tys. zł - 50% portfela
nieruchomości (połowa działki budowlanej) - 60 tys. zł - 33% portfela
gotówka (na rachunku oszczędnościowym) - 3o tys. zł - 17% portfela

Jako inwestor długoterminowy, definitywnie powinienem mieć większy udział akcji w portfelu. Dlaczego tak nie jest? To wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, mój portfel jest wciąż relatywnie mały w stosunku do kosztów mojego życia, co wymusza stosunkowo duży udział funduszu bezpieczeństwa w całych moich aktywach. Po drugie, moją długofalową strategią inwestycyjną jest obecność na rynku nieruchomości. Jestem jednym z tych inwestorów, którzy wierzą w ich długofalowy potencjał wzrostowy. Stąd większy, niż być może bym sobie tego życzył, procentowy udział nieruchomości w portfelu. Znowu wynikający z relatywnie niedużego portfela inwestycyjnego i generalnie relatywnie wysokich cen nieruchomości. Co w związku z tym wszystkim planuje? Sprawa jest prosta, zamierzam systematycznie zwiększać udział akcji w portfelu. Wygląda to tak, że wszystkie wolne środki lokuje w jednostkach uczestnictwa funduszy akcyjnych. Uważam, bowiem, że w średnim terminie na akcjach będzie można bardzo dobrze zarobić! Wynika to z prostej logiki - co spadło, prędzej czy później wzrośnie!
Proszę pamiętać jeszcze o czymś, a mianowicie, o tym, że ryzyko można zmniejszać nie tylko poprzez alokowanie środków, pomiędzy różne klasy aktywów, ważna jest także dywersyfikacja w obrębie tych samych grup aktywów. Ale o tym będzie innym razem:)

Przeczytaj także:
Ryzyko w finansach - czyli kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi!
Jak inwestować? - radzi Sir John Templeton
Ignoruj informacyjny szum!
Milionerzy z sąsiedztwa
Jak mierzyć finansowy sukces?



środa, 7 października 2009

Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?

Co jakiś czas słyszę, że ktoś ma kłopoty ze spłatą swojego długu. Faktycznie wiele osób skuszonych ofertami łatwo dostępnych kredytów, zadłużyło się ponad swoje możliwości. Nie chodzi nawet o to, czy daną osobę w ogóle stać na bieżącą obsługę rat kredytowych. Istotniejsze jest czy stać ją emocjonalnie na obsługę długu, w długoterminowym horyzoncie. Już tłumaczę o co mi chodzi. Biorąc kredyt np. na mieszkanie, żyjemy marzeniami. Raczej myślimy o kolorze kanapy jaką kupimy, niż o tym, że rata którą wyliczyła nam przemiła pani w banku to np. 50% naszych zarobków netto. Niestety euforia związana z zakupem i urządzaniem mieszkania szybko mija, a my zostajemy tylko z połową naszej pensji do dyspozycji na wiele lat. Ciągle stać nas na przeżycie, ale już nie na życie, jakie moglibyśmy prowadzić gdyby nie dług. Niestety w momencie brania kredytu koncentrujemy się na rzeczy/marzeniu, które właśnie realizujemy. Cieszymy się z nowego telewizora, samochodu, czy mieszkania. Z kredytem damy radę! Po czasie przychodzi otrzeźwienie i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że życie to nie arkusz kalkulacyjny. Przez kilka miesięcy można żyć, nie pozwalając sobie na kino, wyjście ze znajomymi, czy kupienie sobie nowego ubioru. Jednak świadomość, że tak może być przez kolejne 15 lat jest emocjonalnie bardzo trudna! Różni ludzie, różnie na taką sytuację reagują. Jedni wpadają w depresję, inni się rozwodzą. Są tacy, którzy próbują znaleźć rozwiązanie, szukając dodatkowych możliwości zarobku, inni udają, że problemu nie ma i żyją dalej jakby nigdy nic, nadal się zadłużając.
Dług jest dla ludzi, jednak nie możemy przeholować.
To, że bank wyliczy zdolność kredytową, z której wynika, że stać nas na bieżącą obsługę kredytu, oznacza tylko tyle, że w oczach banku posiadamy zdolność do zwrócenia mu tego co pożyczamy. Czy jesteśmy zdolni do życia z tym co nam zostaje? To już nasz problem! Problem z wyobraźnią, lub raczej jej brakiem, nadmiernym optymizmem i słynnym polskim "jakoś to będzie", co sprawia, że wielu z nas znajduje się w sytuacji kiedy stać nas na obsługę długu, ale nie stać już nas na życie z długiem. Smutny paradoks, nieprawdaż? Tylko co zrobić, żeby nie znaleźć się w podobnej sytuacji? Jednym z rozwiązań są zdrowe proporcje stosunku długu do zarobków. Jedni twierdzą, że dług nie powinien przekroczyć 30, a inni, że 50% naszych zarobków. Ja uważam, że jest to kwestia wielce indywidualna. Każdy ma inne wymagania i oczekiwania. To co dla mnie jest wystarczającą kwotą na rozrywkę, dla kogoś innego może być drastycznym ograniczeniem jego wolności. Finanse osobiste, nie znoszą sztywnych ram i wskaźników! Każdy musi rozwiązać swój problem indywidualnie, bo to on będzie żył z kredytem, a nie jego doradca! Dlatego, wszystkim osobom, które planują zaciągnięcie długu, proponuję, żeby spróbowały życia bez kwoty, którą w przyszłości będą przeznaczać na spłatę zadłużenia. Spróbujcie jak smakuje życie bez 1200zł miesięcznie, pożyjcie w ten sposób przez 6-8 miesięcy. Jeżeli uznacie, że tak się da, to jak najbardziej spełniajcie swoje marzenia. Kredyty są dla ludzi:)

Przeczytaj także:
Potop - czyli dalszy ciąg walki z zadłużeniem
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Dobry dług, zły dług
Milionerzy z sąsiedztwa
Jak inwestować? - radzi John Templeton
Przeliczanie długu na raty
Poziomy bezpieczeństwa finansowego

wtorek, 6 października 2009

Przeliczanie długu na raty.

Żyjemy w czasach, w których każdy wciska nam kredyty. Wszystko możemy mieć natychmiast, tu i teraz. Oczywiście na kredyt. Wiele osób nie potrafi oprzeć się tej pokusie i zadłuża się ponad miarę. "Sprzedawcom długu" udało się nam wmówić, że wysokość zadłużenia jest nieistotna, liczy się wysokość rat kredytowych. Stąd krótka droga do kłopotów. Doskonałym przykładem na przeliczanie długu na raty, był niedawny boom mieszkaniowy. Wiele osób nie kupowało mieszkań w blokach z wielkiej płyty za setki tysięcy złotych, osoby te kupowały te mieszkania za kwotę miesięcznej raty we franku szwajcarskim. Nikt nie zastanawiał się nad ekonomicznym sensem zadłużania się na setki tysięcy złotych, ze spłatą rozłożoną na kilkadziesiąt lat, kupując mieszkania w blokach, które technologicznie nadają się do rozbiórki. Nie zastanawiał się, bo wydawał wirtualne pieniądze banków, samemu biorąc pod uwagę tylko kwotę miesięcznego obciążenia. Bo w tego typu transakcjach nie myśli się o kwocie zadłużenia i o tym ile w efekcie końcowym odda się pożyczkodawcy. Myśli się tylko o miesięcznym obciążeniu. 700 chf za mieszkanie, 80zł za laptopa, 111zł za telewizor, 75zł minimalna spłata karty kredytowej, 120zł kredyt gotówkowy itd. To są niewielkie kwoty. Jednak za nimi stoi wielkie zadłużenie!
Jest to regularnie zastawiana na nas pułapka! Bardzo często w reklamie nikt juz nam nawet nie podaje ceny telewizora, dowiadujemy się, że może być nasz za 99zł miesięcznie. O ileż łatwiej podjąć decyzję o zakupie myśląc w kategoriach miesięcznych rat. Zamiast nazbierać 3500zł, wolimy kupić telewizor za 99zł na miesiąc. 3500zł to dużo, 99zł to tak niewiele. Kto z nas może uczciwie przyznać, że nigdy się na takim myśleniu nie złapał? Jest wielce prawdopodobne, że dealer samochodowy będzie chciał "sprzedać" samochód za 1000zł miesięcznie, dentysta wybieli nam zęby za 100zł miesięcznie, a bank będzie namawiać na sfinansowanie egzotycznych wakacji za 400 miesięcznie. Do tego możemy przeżyć niesamowite święta za 100zł miesięcznie, i kupić cokolwiek tylko sobie wymarzyma za xzł miesięcznie. Warto pamiętać, że za niską ratą kryje się duży dług, najczęściej niestety zły dług. Nie dajmy się:)

Przeczytaj także:
Co wiedzą o nas markety spożywcze?
Efekt małych procentów
Karty kredytowe - źródło naszych problemów?
Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami!
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!

poniedziałek, 5 października 2009

Poziomy bezpieczeństwa finansowego

W dorosłym życiu nasza sytuacja finansowa jest wypadkową wielu czynników. Wiele z nich możemy kontrolować, jednak na niektóre jak np. zdrowie, czy wypadki losowe mamy bardzo ograniczony wpływ. Siłą rzeczy trzeba zostawić Panu Bogu co boskie i samemu zająć się tym na co mamy wpływ. Jak już w przeszłości pisałem na niezależność finansową można patrzeć jak na niejako efekt uboczny uporządkowanych finansów osobistych. Jeżeli na przestrzeni wielu lat uda nam się osiągać regularne nadwyżki finansowe i trafnie je inwestować, to możemy założyć, że prędzej czy później znajdziemy się w pobliżu ostatecznego celu jakim jest pokrycie kosztów życia przez dochód pasywny. Uważam jednak, że dla przeciętnego człowieka ważniejsze od niezależności finansowej jest bezpieczeństwo finansowe. I na nim powinniśmy się koncentrować. Szczęśliwie bezpieczeństwo jest znacznie łatwiej osiągnąć od niezależności. Myślę, że możemy wyróżnić cztery poziomy bezpieczeństwa finansowego:

Poziom 0
Na tym poziomie najczęściej nasze finanse osobiste są nieuporządkowane. Wydajemy tyle ile zarabiamy, okresowo nawet więcej. Jesteśmy zadłużeni na kartach kredytowych, spłacamy pożyczki pieniężne. Nawet gdy zarabiamy dużo to i tak żyjemy "od pierwszego do pierwszego". Nie mamy oszczędności, lub są one minimalne.
Nasze bezpieczeństwo finansowe zależy od kolejnej wypłaty, gdy jej zabraknie wpadniemy w poważne tarapaty.

Poziom 1
Na tym poziomie nasze finanse osobiste są już uporządkowane. Posiadamy minimalny fundusz bezpieczeństwa (pokrywający 3-6 miesięcy kosztów naszego życia), jedyny dług jaki mamy to kredyt hipoteczny. Zarabiamy więcej niż wydajemy. Inwestujemy nadwyżki. Nasze oszczędności są wciąż jednak relatywnie małe w stosunku do zadłużenia.
Nasze bezpieczeństwo finansowe już nie zależy od następnej wypłaty. Możemy przez kilka miesięcy nie pracować. Wciąż jednak jesteśmy mało odporni na większe przypadki losowe, uniemożliwiające nam pracę zarobkową na dłużej niż kilka miesięcy.

Poziom 2
Nawet jeżeli wciąż mamy kredyt hipoteczny to w każdej chwili możemy go spłacić. Mamy na to wystarczającą ilość oszczędności. Wydajemy mniej niż zarabiamy. Cały czas inwestujemy nadwyżki. Nasz fundusz bezpieczeństwa pokrywa minimum 12 miesięcy kosztów życia.
Jesteśmy bezpieczni finansowo! Nawet gdy stracimy pracę to nikt nie zabierze nam domu, czy mieszkania. W razie jakichkolwiek zawirowań życiowych mamy co najmniej rok na wyjście na prostą. Nawet poważna choroba, nie powinna zagrozić naszemu bytowi materialnemu. Nie możemy jeszcze rzucić pracy całkowicie, ale możemy pracować mniej, stać nas też na przyjęcie mniej płatnych za to bardziej zgodnych z naszymi zainteresowaniami ofert. Innymi słowy jesteśmy, nie tylko bezpieczni, ale także możemy cieszyć się już pewną, choć dość jeszcze ograniczoną formą wolności.

Poziom 3
Nasze zasoby finansowe pozwalają nam na rzucenie pracy zarobkowej. Stać nas na nierobienie niczego do końca życia. Jesteśmy niezależni i bezpieczni finansowo!

Wydaje mi się, że takie właśnie możemy wyróżnić poziomy bezpieczeństwa w naszym życiu. Oczywiście, jak to w życiu nic nie jest czarno- białe. Każdy ma inną sytuację, niektórzy mogą znajdować się gdzieś pomiędzy wymienionymi przeze mnie poziomami. Podejrzewam, że wiele osób znajdzie się gdzieś pomiędzy poziomami 0 i 1. Ja sam zdecydowanie jestem jedynką. Moim celem finansowym jest znalezienie się na poziomie 2. Na razie marzeniem jest poziom 3:).
A wy na jakim poziomie się znajdujecie?

Przeczytaj także:
7 prostych kroków do niezależności finansowej
Żyj z 4% swojego kapitału
Jak stać się bogatym - prosta recepta!
Etapy finansowe w naszym życiu
Kura znosząca złote jajka

niedziela, 4 października 2009

Aktywa, Pasywa, Kiyosaki

















Ten wpis wisiał w powietrzu od dawna. Jedną z rzeczy, która najbardziej mnie zaskoczyła od kiedy zająłem się blogowaniem, to wpływ Roberta Kiyosakiego na sposób myślenia wielu osób. Nieszczęściem jest, że Kiyosaki i jego twórczość jest traktowana jako poważne źródło wiedzy ekonomicznej. Co więcej, dla wielu osób jest to jedyne źródło. I tu zaczynają się problemy:). Pan Robert Kiyosaki jest autorem, lub współautorem kilkunastu książek, które są wariacją jednej "Bogaty ojciec, Biedny ojciec". Pomijam fakt, że po przeczytaniu kilku pozycji jego autorstwa, cały czas ma się wrażenie, że czytamy ciągle to samo, a esencję tego co jest tam napisane można by zmieścić w 2-3 rozdziałach jednej książki. Esencja ta sprowadza się do gloryfikacji dochodu pasywnego. W tym akurat nie ma nic złego, złe jest deprecjonowanie wartości edukacji i etosu pracy. Wykształceni i pracujący ludzie to u Kiyosakiego nieudacznicy. Jego recepta jest prosta - zakup nieruchomości pod wynajem! Czym więcej kupimy tym lepiej, oczywiści sfinansowane w całości kredytem. Idea dość mocno skompromitowana przez ostatnie 2 lata, ale przyznać trzeba, że Ci którzy się do niej stosowali w 2002-4 roku na pewno nie zbiednieli. Tutaj trzeba jasno powiedzieć, że zarabiać da się na wszystkim. Tracić też! O czym wielu inwestorów na rynku nieruchomości właśnie bardzo boleśnie się przekonało. W życiu, jak to w życiu, nie jest wcale tak łatwo jak w książkowym świecie Roberta K. Piszę to jako osoba z pewnym doświadczeniem w nieruchomościach, w które inwestuję od ładnych kilku lat. Kiyosaki operuje ogólnikami i sprzedaje atrakcyjną wizję, mało jednak u niego technicznych szczegółów. Fajnie, chociażby było by się dowiedzieć jak początkujący milioner ma zdobyć miliony, żeby nabyć nieruchomości, które pozwolą mu cieszyć się życiem rentiera. Mówiąc szczerze każdy ignorant wie, że mając dziesięć mieszkań, 9 z nich można wynająć i żyć z pieniędzy z najmu. W tym wypadku zgodziłbym się z Kiyosakim, bo faktycznie do tego nie trzeba nawet skończyć podstawówki. Skąd tylko wziąć te 10 mieszkań?!
Kiyosaki jest sprzedawcą marzeń i jako taki się sprawdza. Obiecuje gruszki na wierzbie i robi to bardzo dobrze. O czym świadczy, chociażby popularność jego książek. Kto chce niech czyta!
Jednak dla mnie największy problem w twórczości Kiyosakiego to mieszanie pojęć finansowych.
Jako finansista z wykształcenia dostaje spazmów gdy po raz n-ty ktoś próbuje mnie przekonywać, że coś jest lub nie jest aktywem, bo tak napisał Kiyosaki. Tutaj pan Kiyosaki, wprowadzając swoje własne definicje, naprawdę mocno namieszał. Coś co zawsze było i jest nazywane w świecie finansów aktywem, doczekało się nowej definicji! Co tam profesorowie, biegli rewidenci, księgowi i finansiści, ważne jest co napisał samozwańczy guru Robert Kiyosaki! Można spalić podręczniki do rachunkowości i powyrzucać z pracy księgowych. Inwestorzy giełdowi są w błędzie korzystając z popularnych wskaźników analizy finansowej, bo te przecież są oparte na bilansach firm. Jak można korzystać np. z ROA, kiedy ten wskaźnik oparty jest na bilansie przygotowanym przez księgowych, a Ci przecież nie wiedzą co to są aktywa! Nie wiedzą, bo nie czytali Bogatego Ojca. Bo aktywa według Kiyosakiego, to przecież tylko takie składniki naszego majątku, które dają nam pozytywny cash flow! Czyli jeżeli posiadamy coś, co nie przynosi nam pozytywnego cash flow to jest to pasywem!
W rzeczywistości, oczywiście w dużym uproszczeniu (za które przepraszam czytających te słowa księgowych), sprawozdaniem pokazującym stan firmowego majątku na daną chwilę jest
bilans.
Wszystkie składniki naszego majątku w bilansie zapisuje się po
stronie aktywów (majątek trwały, majątek obrotowy, rozliczenia międzyokresowe), po stronie pasywów zapisujemy sposób finansowania naszych aktywów (kapitał własny, rezerwy, zobowiązania, rozliczenia międzyokresowe). Czyli aktywa to wszystko co firma lub osoba posiada, a pasywa to wszystkie zobowiązania, które firma lub osoba ma w związku z posiadanym majątkiem. Innymi słowy, pasywa pokazują, jak sfinansowane są aktywa! Jest wiele aktywów, które nie przynoszą dodatnich przepływów pieniężnych, do takich chociażby możemy zaliczyć działki budowlane, metale szlachetne, monety, sztukę, akcje firm niewypłacających dywidend itd.
Według logiki Kiyosakiego obraz Picassa wart 25mln UDS nie jest aktywem, bo nie przynosi jego właścicielowi pozytywnego cash flow, co więcej jest pasywem(!), bo przecież z posiadaniem takiego obrazu wiążą się same koszty, jak chociażby dobra instalacja alarmowa i monitoring. Czyli innymi słowy posiadając taki obraz mój majątek nie jest wart 25mln USD tylko minus 25 mln USD! Obraz nie jest przecież aktywem tylko pasywem! I teraz dochodzimy do absurdalnej sytuacji, w której człowiek mieszkający w domu za 10mln USD i posiadający kolekcję drogich obrazów, a w sejfie górę biżuterii,
nie ma aktywów! On jest biedniejszy od studenta z akademika, bo ów student odziedziczył garaż po dziadku i ma 300zł/mc z jego wynajmu! Oto nowoczesna kiyo-ekonomia! Nie ważne co masz, ważny jest cash flow( wagi pozytywnego cf wcale nie neguję)! Ja wolałbym dom za 10mln USD, z sejfem i obrazami Picassa na ścianie, bo sprzedając je, mógłbym kupić wszystkie garaże w tym kraju na południe od Warszawy i jeszcze by pewnie zostało parę groszy:).

Przeczytaj także:
Wartość netto - prawdziwa miara bogactwa
Sztuka wydawania
Efekt małych procentów
7 prostych kroków do niezależności finansowej
Odkładanie przyjemności na później