poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Nie zachowuj się jak struś !












Dla większości z nas w życiu liczy się wygoda. Lubimy organizować sobie życie w taki sposób, żeby było łatwiej, bliżej, bez stresu. Nie ma w tym nic złego, jest to jak najbardziej racjonalne podejście.
Życie jest po to, żeby je sobie ułatwiać, mawiają niektórzy i ja się z tym w większości przypadków zgadzam. Jednak nie zawsze! Są dziedziny życia, gdzie ułatwianie sobie życia może nie wyjść nam na dobre. Tak jest na przykład w przypadku dbania o kondycję fizyczną czy edukację. Tutaj bez łez, krwi i potu nic się nie osiągnie:). Trzeba zacisnąć zęby i
dążyć do obranego celu. Nawet jeżeli oznacza to codzienną pobudkę o 5 rano, w celu przebiegnięcia założonej w planie treningowym liczby kilometrów. Tak samo na studiach, mamy plan, jasno określone zasady jego realizacji i czas, w którym musimy go zrealizować. Nikogo nie obchodzi, czy nam się chce, czy nie. Nikt nam nie przesunie egzaminu, bo akurat w poprzedzający go weekend jest super imprezka. Czyżby trenerzy i wychowawcy nie widzieli sensu w szukaniu wygodniejszych/łatwiejszych sposobów dochodzenia do celu? Przecież można by dla wygody studenta stworzyć możliwość wybrania terminu egzaminu z 10 możliwych, sportowiec mógłby zrezygnować z biegania w deszczu i w zamian robić przysiady w domu itp. Pomijając już chaos jaki mógłby zapanować na uczelni, czy rytmie treningowym, to takie liberalne podejście, nie sprawdziłoby się z powodów naszej ludzkiej skłonności do odkładania spraw nieprzyjemnych na później. Studenci i tak w większości zdawaliby egzaminy w ostatnim z możliwych terminów, a sportowcy wymogliby na trenerze ustępstwa także w innych sytuacjach. Teraz nie tylko deszcz, ale także wiatr, słońce, mgła, śnieg, czy plaster na palcu byłyby powodem do rezygnacji z pobudki o 5 rano.
Odkładanie na później dotyczy nie tylko codziennych zadań, ale także zmierzenia się z ważnymi w naszym życiu decyzjami.
Może to niestety mieć fatalne skutki dla naszych finansów osobistych. Ciężko jest wybrać się do banku w celu otworzenia konta oszczędnościowego, od dwóch lat nie masz czasu, żeby otworzyć IKE, od dawna myślisz o tym, że warto by było się ubezpieczyć, ale jakoś nie ma na to czasu. Musisz porozmawiać z mężem/żoną o planowanych wydatkach, ale nie dzisiaj, bo akurat w telewizji leci ulubiony serial. Wiesz, że Twoja przyszła emerytura nie spełni Twoich oczekiwań, ale nie masz czasu zastanowić się jak temu zaradzić. Wolisz zwalić wszystko, na komunę, Żydów, masonów, banki i złodziejskie państwo. Jakże łatwo przychodzi nam znajdywanie kozłów ofiarnych. Jakże ciężko jest samemu uderzyć się w pierś. Czy ktoś z nas, może szczerze i uczciwie powiedzieć , że nigdy nie odkłada ważnych kwestii życiowych na później? Myślę, że nie ma takiej osoby. Mam kolegę z pracy (dobrze zarabiającego), który twierdzi, że od miesięcy nie zaglądał na swoje konto w banku. Ma tyle długów i stresuje go myślenie o tym. Woli chować głowę w piasek! Niestety, prędzej czy później w piachu zabraknie mu tlenu, a problemy nie znikną. Będą jeszcze większe.
Często myślę o tym ile kasy miałbym dzisiaj gdybym 17 lat temu zaczął odkładać drobne kwoty. Niestety wtedy ważniejsze dla mnie były inne sprawy. Twierdziłem, że oszczędzanie może poczekać, ciuchy, piwko i imprezki nie mogły. Szkoda. Wielka szkoda! Mądry Polak po szkodzie, chciałoby się powiedzieć.
Nie ma rady, powinniśmy dla własnego dobra, zacząć próbować oduczania się odkładania na później.
Proponuję więc skorzystanie z mojego sposobu na zmuszenie się :) do działania. Dla swoich potrzeb stworzyłem kiedyś listę rzeczy, które muszę wykonać, żeby uporządkować swoją sytuację finansową.

Oto moja lista:

-
zdefiniowanie celów finansowych (krótko, średnio i długoterminowych)
- założenie konta oszczędnościowego
-
przejrzenie i uporządkowanie stanu swoich finansów
- założenie Indywidualnego Konta Emerytalnego
-wykupienie ubezpieczenia na życie
-
analiza wydatków i stworzenie budżetu
- szczera rozmowa o finansach ze swoją drugą połową
- założenie konta maklerskiego
- stworzenie planu pozbycia się zadłużenia
- zdobycie wiedzy na konkretny temat dotyczący finansów i inwestowania.

Proponuję, żeby każdy wybrał przynajmniej jedną czynność z tej listy i wykonał ją do końca tego tygodnia. Potem kolejną itd. Oczywiście, można dowolnie modyfikować tygodniowe zadania do wykonania. Ważne jest, żeby nasze finanse domowe nie padły ofiarą odkładania na później. Zacznijmy już dzisiaj i nigdy nie przestawajmy. Nawet, jeżeli dzisiaj nie mamy pieniędzy na wykupienie polisy na życie, możemy poświęcić tydzień na zdobycie wiedzy o dostępnych formach ubezpieczeń. Ważne, żeby mniej marzyć, a więcej działać. Czego wszystkim czytelnikom bloga życzę:)

Przeczytaj także:
Odróżnianie zachcianek od potrzeb
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Co wiedzą o nas markety spożywcze?
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Żyj z 4% swojego kapitału!
Bądź finansowym realistą!

sobota, 29 sierpnia 2009

Kura znosząca złote jajka












Kto z nas nie chciałby mieć kury, która codziennie znosiłaby złote jajka. Wszystko co musielibyśmy każdego ranka zrobić to udać się do ogrodu i dobrze rozejrzeć się pomiędzy krzaczkami. Zajęłoby to nam może 5 minut, a potem moglibyśmy cieszyć się wolnością. W zasadzie musielibyśmy tylko dbać o zdrowie i dobre samopoczucie naszej kury. I to wszystko! Żadnej pracy, żadnego stresu, żadnych obowiązków. Posiadanie kury znoszącej złote jajka definitywnie oznaczałoby dla nas niezależność finansową. Nasza kura byłaby idealnym źródłem dochodu pasywnego, czyli takiego, którego osiągnięcie nie wymagałoby od nas większego wysiłku i pracy. Ot czasami zabralibyśmy kurę do weterynarza, raz dziennie podsypalibyśmy jej trochę ziarna i tyle. Złote jajka prawie za darmo i to bez wysiłku! Problem niestety polega tylko na tym, że kury znoszące złote jajka istnieją tylko w bajkach. Ale nic straconego! Na szczęście każdy z nas, może sam stworzyć sobie coś co nie będzie czarodziejską kurą, a pomimo tego będzie regularnie "składać złote jajka".
Ja już taką kurę posiadam! Niestety moja kura na razie składa tylko jedno jajko miesięcznie, co oznacza, że finansową wolnością, teoretycznie mogę cieszyć się tylko w ten jeden dzień. W pozostałe dni miesiąca muszę nadal pracować. Jak regularni czytelnicy tego bloga zapewne się domyślają, moją złotą kurą jest gotówka na koncie oszczędnościowym w Eurobanku. Bank co miesiąc dopisuje mi ok 150zł odsetek. Te pieniądze to mój dochód pasywny.
Na te 150zł nie muszę pracować, pracę już wykonałem w przeszłości. Tą pracą było regularne oszczędzanie,
wydawanie mniej niż wynosiły zarobki, czyli inaczej mówiąc ograniczenie konsumpcji.
Mniejsza konsumpcja w przeszłości to był koszt, który poniosłem, po to, żeby zdobyć źródło dochodu pasywnego. Nagrodą jest co miesięczny strumień gotówki, niezależny od włożonej pracy. Mogę powiedzieć, że czy się stoi, czy się leży 150zł miesięcznie mi się należy:). Kreowanie "kur składających złote jajka"/dochodu pasywnego to główny cel, jaki powinniśmy sobie stawiać jeżeli marzy nam się finansowa niezależność.
Siłę dochodu pasywnego doskonale rozumiał Benjamin Franklin jeden z "Ojców założycieli" Stanów Zjednoczonych, człowiek, którego wizerunek zdobi banknoty 100-dolarowe. Franklin w testamencie zapisał po 1000 funtów (około 4500usd), miastom Filadelfia i Boston. Chcąc jednak zapobiec natychmiastowemu włączeniu tych pieniędzy do budżetu (inaczej mówiąc wydaniu na bieżące cele, czyli zarżnięciu kury składającej złote jajka), nakazał stworzenie przez każde z obdarowanych miast Trust Fundu. Pieniądze miały być inwestowane, a zyski przeznaczane na pożyczki dla młodych przedsiębiorców poniżej 25 roku życia. Oba trusty istnieją do dzisiaj. Z obu skorzystało tysiące młodych ludzi. Boston zarządza kwotą 5 mln usd, filadelfia 3.5 mln. Co roku miasta z tych pieniędzy zgodnie z wolą fundatora wspierają kolejne rzesze młodych ludzi.
Gdyby oba miasta zainwestowały przekazane w 1790 roku przez Franklina pieniądze bardziej agresywnie i zamiast około 3% otrzymały realistyczne 7% rocznie. Dzisiaj na ich kontach, po ponad 200 latach byłoby około 5 miliardów dolarów! Alternatywą mogłoby być także natychmiastowe wydanie/konsumpcja pieniędzy 200 lat temu. Nie wiem jaką miały wtedy siłę nabywczą, ale pewnie starczyłoby na nakarmienie kilkudziesięciu osób przez rok. Kilka osób by się najadło i pieniądze by się skończyły.
Widzimy tutaj doskonały przykład na połączoną siłę dochodu pasywnego z procentem składanym. Kura składająca złote jajka czasami złoży jajko, z którego wykluje się kurczak, którego od razu możemy wrzucić na patelnie, lub też możemy poczekać, aż dorośnie i zacznie składać złote jajka. Tym właśnie różnią się ludzie bogaci od biednych. Biedni od razu zjadają swoje kurczaki, bogaci pozwalają im dorosnąć.


Przeczytaj także:
Przeliczanie długu na raty
Finansowa niezależność - Moje spojrzenie
Najpierw płać sobie!
Inflacja - Czyli co pożera Twoje marzenia?
Najtrudniej zrobić pierwszy milion!
Jak mierzyć finansowy sukces?

czwartek, 27 sierpnia 2009

Finansowy przegląd okresowy

Jak wiadomo raz do roku warto odwiedzić swojego lekarza rodzinnego w celu zrobienia podstawowych badań. Pod tym względem finanse domowe są podobne do zdrowia. Warto się im od czasu do czasu porządnie przyjrzeć. Używając medycznej analogii, finanse domowe to złożony organizm składający się z wielu organów, o które musimy regularnie dbać. W przeciwnym razie, gdzieś niepostrzeżenie może zacząć rozwijać się ognisko choroby. Planowanie finansowe, budżet domowy, zadłużenie, oszczędzanie, inwestycje, ubezpieczenia, konta bankowe, wydatki, podatki, dokumenty finansowe i wiele innych, nie mogą na dłużej być pozostawione same sobie, bo zaniedbania, prędzej czy później będą miały negatywny wpływ na naszą sytuację finansową.

Kiedy i jak często powinniśmy do nich wracać? Moim zdaniem, nie rzadziej niż raz do roku, oczywiście, czym częściej tym lepiej. Na pewno po każdej ważniejszej zmianie w naszym życiu, powinniśmy zastanowić się jaki wpływ np. zmiana pracy, mieszkania, czy narodziny dziecka, będą miały na nasze finanse i odpowiednio zareagować.
Prosty przykład, postanowiliśmy zapisać się na studia podyplomowe w innym mieście, związku z tym pojawiają się nowe wydatki, w postaci czesnego, kosztów dojazdów, jedzenia poza domem itd.. Oczywiście nie jest to obojętne dla naszego budżetu, stopy oszczędzania i co za tym idzie inwestycji. Skoro nie będziemy już w stanie oszczędzać tyle co poprzednio, to musimy zweryfikować nasze cele finansowe, może trzeba odłożyć w czasie przejście na wcześniejszą emeryturę, albo planowany wyjazd do Ameryki Południowej. Być może jednak, uda nam się zachować zakładaną stopę oszczędności, bo po przejrzeniu naszych wydatków, uda nam się z kilku z nich zrezygnować. Konkluzja, jakakolwiek by ona nie była, musi być jednak wynikiem ponownej oceny naszej sytuacji finansowej, a nie nadziei, że jakoś to będzie.

Nawet jednak, gdy w naszym życiu nic się nie zmienia, nie możemy zakładać, że nasze otoczenie także pozostaje bez zmian!
Jeszcze kilka dni temu najlepsze konto oszczędnościowe na rynku oferował Eurobank, dzisiaj pojawiła się silna konkurencja w postaci Polbanku. Być może nasza karta kredytowa, przyznana nam na promocyjnych warunkach 2 lata temu, dzisiaj w stosunku do oferty rynkowej jest droga w obsłudze. Może warto pomyśleć o zmianie ubezpieczenia na samochód, być może te u konkurencji będzie o 20% tańsze. Może warto przenieść telefon do innego operatora, na wymianę oleju jeździć do innego warsztatu itd.
Wszystko się zmienia, co było dobre wczoraj, dzisiaj już nie musi! Dlatego kluczowe, dla naszych finansów jest regularne przeglądanie wydatków. Bądźmy na bieżąco, interesujmy się naszym otoczeniem ekonomicznym. To się naprawdę opłaci!

Kolejną sprawą jest porządek w dokumentach finansowych. Naprawdę warto założyć sobie segregator, gdzie regularnie będziemy wpinać ważne dokumenty. Rachunki, faktury, polisy, gwarancje, umowy kredytowe, ważną korespondencję urzędową itd. To naprawdę pomaga w zorganizowaniu się.
Warto też zrobić sobie w arkuszu kalkulacyjnym listę i kwoty comiesięcznych płatności i na jej podstawie robić przelewy, zaznaczając te już zrealizowane innym kolorem. Przygotowanie takiego arkusza zajmie nam tylko kilka chwil, a bardzo ułatwi kontrolowanie płatności.
Ja staram się przeglądać moją dokumentację finansową przynajmniej raz na kwartał, arkusz z płatnościami uaktualniam na bieżąco. Dzięki temu od bardzo dawna nie zdarzyło mi się zapomnieć o jakiejkolwiek płatności. Co niestety w przeszłości często miało miejsce.

Podsumowując:
- Analizuj wpływ jaki mają różne decyzje i zdarzenia życiowe na Twoją sytuację finansową, reaguj odpowiednio!
- Pamiętaj, że świat się zmienia. Poznaj ofertę konkurencji, bądź dociekliwy, negocjuj!
- Jeżeli znajdziesz lepszą ofertę, korzystaj z niej. Bądź egoistą, pieniędzy nikt nie daje Ci za darmo. Wierność popłaca tylko w małżeństwie, w finansach liczy się efektywność.
- Nie bądź bałaganiarzem! Regularnie, porządkuj dokumenty finansowe.
- Nie bądź finansowym leniem.
- Regularnie czytaj FINANSE DOMOWE:)


Przeczytaj także:
Bądź finansowym realistą!
Odkładanie przyjemności - czyli czego mogą nauczyć nas 4-latki!
Co wiedzą o nas markety spożywcze?
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!

środa, 26 sierpnia 2009

Milionerzy z sąsiedztwa

Dwóch amerykańskich naukowców Thomas J Stanley i William D Danko, poświęciło 20 lat na próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie, kim jest przeciętny amerykański milioner. Efektem tej pracy był bestseller "The Millionaire Next Door" (luźne polskie tłumaczenie - Milioner z sąsiedztwa). Książkę tę przeczytałem kilka lat temu i muszę przyznać, że wywarła wielki wpływ na moje podejście do pieniędzy i sposób myślenia o życiu.
Książka oparta jest na serii wywiadów z ludźmi, których wartość netto przekracza 1 mln USD. Autorzy przeprowadzili ankiety i rozmawiali z 1115 milionerami! Czego się dowiedzieli? Po pierwsze i najważniejsze, że milionerzy jakich znamy z plotkarskich magazynów i pierwszych stron gazet, rozbijający się najlepszymi samochodami, latający prywatnymi odrzutowcami i pokazujący się w najmodniejszych miejscach, to tak naprawdę malutka mniejszość pośród najbogatszych amerykanów. Cytując za autorami "Większość naprawdę bogatych ludzi w tym kraju, nie mieszka w Beverly Hills czy na Park Avenue - oni mieszkają w domu obok"
Kim więc są najbogatsi Amerykanie? Według autorów książki przeciętny milioner z sąsiedztwa ma 57 lat, jest żonaty z trójką dzieci. Większość, bo prawie 3/4 to właściciele firm, najczęściej nie są to jednak zbyt ekscytujące rodzaje działalności, dominują wśród nich niewielkie firmy usługowe czy budowlane. Ci którzy nie są właścicielami firm, najczęściej są pracującymi na własny rachunek lekarzami, księgowymi czy prawnikami. Prawie wszyscy są właścicielami domów, w których mieszkają od wielu lat. (Warren Buffet wciąż mieszka w domu, który nabył za 32tyś USD w 1957 roku!) Większość z nich kupuje tylko używane samochody. Jako grupa bardziej cenią sobie finansową niezależność niż zewnętrzne atrybuty bogactwa. Pomimo tego, że średnio (w 1996 roku) zarabiają około 250tyś USD rocznie to żyją na znacznie niższym poziomie od tego na jaki ich stać. Wszyscy oszczędzają dużą część swoich zarobków. Średnio inwestując 20% tego co zarobią! Większość posiada konta maklerskie i samodzielnie podejmuje decyzje o swoich inwestycjach. Tylko około 20% z nich nie może pochwalić się wyższym wykształceniem. Zapytani o rodzaj kariery jaki rekomendują dla swoich dzieci, większość wskazuje na doradztwo podatkowe i prawo. Większość z nich prowadzi proste życie, rzadko jadają poza domem, nie kupują drogich garniturów. Pomimo tego, że mają oszczędności pozwalające na nie robienie niczego do końca życia, to jednak ciągle pracują pomiędzy 45 a 55 godzin tygodniowo.
Oto obraz amerykańskiego milionera! Oszczędny ojciec rodziny, lubiący swoje zajęcie, jeżdżący używanym samochodem, mieszkający w niezbyt dużym domu! Dla wielu może to być szokiem, dla mnie było!

Dla mnie ta książka, była przełomem, kompletnie złamała stereotyp, że milioner to ktoś z innych światów. Osoba będąca kompletnie poza moim zasięgiem. Po jej przeczytaniu, zrozumiałem, że zdobycie bogactwa jest bardziej funkcją oszczędnego trybu życia niż wysokich zarobków. Wszystko, czego potrzebujemy, żeby stać się bogatymi; leży w zasięgu naszych rąk. To niesamowite jak prosta jest recepta na bogactwo. ZARABIAJ-OSZCZĘDZAJ-INWESTUJ! Bądź cierpliwy, kochaj to co robisz, zarabiaj, oszczędzaj i inwestuj.
Osobiście znam człowieka, który mógłby być bohaterem tej książki. Jest właścicielem kilkunastu koparek, ciężarówek, całej masy sprzętu budowlanego, ma masę ziemi, wielki dom. Pomimo tego na co dzień jest operatorem jednej ze swoich koparek, wozi ludziom na budowy piasek ciężarówką. Kiedyś zapytałem go, po co nadal pracuje na koparce, przecież nie musi. Jego odpowiedź: " A co będę z babą cały dzień w domu robił?" Prosty człowiek, który dorobił się majątku własną pracą. Prawdziwy milioner z sąsiedztwa.

Przeczytaj także:
Jak stać się bogatym - prosta recepta!
Najtrudniej zarobić pierwszy milion
Gwiazdy którym zabrakło na życie!
Żyj z 4% swojego kapitału!

wtorek, 25 sierpnia 2009

Ryzyko w finansach - czyli kto nie ryzykuje w kozie nie siedzi!
















Każdy zdaje sobie sprawę, że inwestując ryzykujemy poniesienie straty. Oczywiście przeciętny polski inwestor ma do swojej dyspozycji całą masę możliwości ulokowania swojej gotówki, od mało ryzykownych lokat i papierów skarbowych, poprzez akcje,opcje, kontrakty terminowe, skończywszy na hazardzie np. lotto:). Tak więc każdy z nas może znaleźć sobie sposób inwestowania, odpowiedni do swojej tolerancji na ryzyko. Najważniejsze jest jednak zrozumienie jednej fundamentalnej rzeczy!
Im większy spodziewany zwrot z inwestycji tym większe ryzyko . Wynika to z tego, że ryzyko jest zjawiskiem symetrycznym. Czyli potencjalny zysk jest równy potencjalnej stracie. Ekstremalnym przykładem może tu być właśnie wspomniane wcześniej lotto, gdzie inwestując parę złotych , jednocześnie ryzykujemy ich całkowitą utratę. Nasz potencjalny zwrot jest potężny (np. główna wygrana), tak jak potężne jest ryzyko utraty zainwestowanej kwoty. Na przeciwległym spektrum znajdują się np. lokaty bankowe, które są gwarantowane przez akcjonariuszy banku, a jeżeli oni zawiodą, przez skarb państwa. Ryzyko upadku banku i państwa jednocześnie, są dość nikłe, dlatego potencjalny zwrot z inwestycji, także jest dość mały.
Co ze znajomości tych faktów wynika dla naszych finansów domowych? Dwie rzeczy, po pierwsze kto nie ryzykuje, szampana nie pije. Czyli trzymając pieniądze na lokacie, tak naprawdę ledwo zachowujemy ich
realną wartość. A po drugie, gońmy za drzwi wszystkich cudotwórców obiecujących nam wysokie zyski bez ryzyka. W finansach tak jak i w życiu, nie ma nic za darmo!
Chcąc zarobić więcej niż na lokacie bankowej musimy zaryzykować. Na szczęście są metody ograniczania ryzyka, ale o tym napiszę następnym razem:)


Przeczytaj także:
Jak inwestować ?- radzi John Templeton
Siła procentu składanego
Żyj z 4% swojego kapitału!

Najtrudniej zarobić pierwszy milion!
Ignoruj informacyjny hałas!

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami



Kilka dni temu opisałem na blogu "Kule śniegową" Davida Ramseya , która jest bardzo popularną metodą spłacania długów. Dzisiaj chciałbym przedstawić, metodę zwaną "Płatkami Śniegu". Jest to sposób pokrewny do "Kuli Śniegowej", różniący się jedynie tym, że nasze najmniejsze kwotowo zadłużenie, nie tylko spłacamy w pierwszej kolejności, ale także staramy się je pomniejszać przez jak najczęstsze nawet kilkuzłotowe przelewy.


Używając metody "Kuli Śniegowej", w pierwszej kolejności spłacamy kredyt na lodówkę. Załóżmy, że minimalna miesięczna płatność wynosi 34zł. Jednak spłata tego kredytu jest dla nas w tym momencie priorytetowa, tak więc postanowiliśmy nadpłacać dodatkowe 26 zł. Na tyle tylko pozwala nasz budżet. W związku z tym na początku każdego miesiąca spłacamy 60zł, ale jak to w życiu bywa, czasami udaje nam się wygenerować dodatkową gotówkę. Mała premia od szefa za nadgodziny, 20zł od cioci z Ameryki, 7zł zaoszczędzone na wymianie oleju (znaleźliśmy tańszego mechanika), 10zł znalezione na spacerze z psem itd. itd. Wszystkie te drobne kwoty "płatki śniegu" przeznaczamy na spłatę lodówki. I w dalszej kolejności na kolejne kredyty, aż spłacimy je wszystkie. Ktoś może zapytać, jaki sens ma dorzucenie 10zł do kredytu hipotecznego. Faktycznie jednorazowa malutka nadpłata ma niewielkie znaczenie, tak jak jeden płatek śniegu nie sprawia, że możemy jechać na narty. Jednak z setek, tysięcy płatków możemy ulepić kulę śniegową! I to jest cała idea tej metody. Tu chodzi o coś więcej niż tylko przyśpieszenie procesu eliminacji zadłużenia. Chodzi tutaj o nasze mentalne nastawienie, o chęć wymazania długu za wszelką cenę, o przyzwyczajenie się, że małe kwoty nie mają iść na bezmyślną konsumpcję. Każda złotówka wpłacona na poczet zadłużenia, to złotówka plus zaoszczędzone odsetki, w naszej kieszeni. To kolejne małe, czasami malutkie zwycięstwo ze słabościami, pokusami i wszystkimi negatywnymi rzeczami, które niesie ze sobą dług.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kredyty da się w ten sposób nadpłacać, czasami mamy do czynienia z ograniczeniami narzuconymi przez kredytodawców. Niekiedy po prostu nie opłaca się nadpłacać długu mikro-kwotami, czy to ze względu na koszt przelewu, czy narzucone minimalne poziomy spłat.
Rozwiązaniem jest założenie konta oszczędnościowego, czy choćby kupienie sobie skarbonki i tam odkładanie grosików, aż do momentu uzbierania trochę większej kwoty, którą możemy przeznaczyć na redukcję zadłużenia. W finansach osobistych możemy i musimy czasami być kreatywni.
Ja sam używam metody "płatków śniegu" oszczędzając. To dzięki m.in. tej metodzie udało mi się zgromadzić dość pokaźny fundusz bezpieczeństwa. Każdy miesiąc zaczynam od oszczędzania, zgodnie z zasadą - Najpierw płać sobie! Jednak później bardzo często udaje mi się jeszcze wygospodarować drobne kwoty, które przelewam na konto oszczędnościowe. Najmniejszy przelew jaki sobie przypominam opiewał na niecałe 5zł!
Polecam wszystkim:)

Przeczytaj także:
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Dobry Dług, Zły dług
Bądź finansowym realistą!
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?




sobota, 22 sierpnia 2009

Moja wartość netto - Sierpień 2009

Ostatni miesiąc był dla finansów mojej rodziny bardzo dobry. Zwiększyliśmy wartość netto o dokładnie 6036,57zł. Skąd taki skok? To kombinacja wielu czynników: wzmocniła się złotówka, dlatego zmalała wartość naszego zadłużenia wyrażana w CHF (kredyt na działkę budowlaną). Przez ostatni miesiąc rosłą giełda, a wraz z nią nasze fundusze akcyjne. Dorzuciłem trochę gotówki do Eurobanku, oprócz tego z codziennie dopisywanych odsetek otrzymaliśmy 160zł.



Nie będę omawiał poszczególnych pozycji i ich wyceny. Dla zainteresowanych więcej szczegółów można znaleźć tutaj. Jedyna różnica w stosunku do ostatniego miesiąca to taka, że w Eurobanku, pojawił się "fundusz celowy", który jest traktowany oddzielnie od funduszu bezpieczeństwa. W funduszu celowym zbieram pieniądze na zrobienie nawodnienia ogrodu na wiosnę 2010.
Jeśli chodzi o wzrost wartości netto w tym miesiącu, to powiem tylko tyle, że jestem zadowolony, chociaż zdaje sobie sprawę, że miesięczne wahania wartości netto to normalna rzecz i nie ma się czym podniecać. Za miesiąc może być 10tyś w plecy. Na dzień dzisiejszy wszystko zależy od koniunktury na GPW, na co wpływu niestety nie mam. W dalszym ciągu zamierzam regularnie nabywać jednostki funduszy akcyjnych.
Następne podsumowanie za miesiąc:)

Przeczytaj także:
Moja wartość netto-lipiec 2009
Wartość netto - prawdziwa miara bogactwa
Klucz do bogactwa
Najpierw płać sobie!
Jak stać się bogatym - prosta recepta!

piątek, 21 sierpnia 2009

Jak mierzyć finansowy sukces?

















Sukces finansowy to pojęcie dość szerokie.Kiedy mówimy o kimś, że odniósł finansowy sukces najczęściej mamy na myśli jego zarobki i stan posiadania. Mówimy, patrz na Kowalskiego ma firmę i jeździ mercedesem, a jego żona i kochanka ubierają się w najdroższych sklepach. Wydaje się, że Kowalski odniósł finansowy sukces. Tak to wygląda. Zastanówmy się jednak nad miarami sukcesu finansowego? Jak go zmierzyć?

Po pierwsze:

Po pierwsze wyliczamy
wartość netto czyli nasze bogactwo. Wartość netto to inaczej mówiąc to co posiadamy, minus to co jesteśmy winni. Szerzej o wartości netto piszę tutaj.

Po drugie:
Nasze roczne
przepływy pieniężne netto. To znaczy różnica pomiędzy naszymi rocznymi zarobkami i wydatkami. Oczywiście wartość ta powinna być dodatnia. Tutaj kłania się podstawowa i najważniejsza zasada finansów osobistych - wydawaj mniej niż zarabiasz. Jeżeli konsekwentnie się do niej stosujemy to generujemy dodatnie przepływy pieniężne netto, bogacimy się. W przypadku ujemnych przepływów pieniężnych netto, biedniejemy. Proste!

Po trzecie:
Czas jaki poświęcamy w celu uzyskania dochodu. Praca na etacie, prowadzenie firmy itd. Czas jest naszym osobistym kosztem jaki ponosimy, żeby uzyskać dochód. Sprawa jest jasna, idziemy do pracy na osiem godzin, a przecież w tym czasie moglibyśmy pływać kajakiem po rzece. Moglibyśmy gdyby nie to, że musimy zarabiać.

Po czwarte:
Ryzyko utraty źródła dochodów. Zarabiasz dużo, ale jutro możesz być bezrobotny. Twoja firma ma duże dochody, które jednak są uzależnione od jednego dużego odbiorcy. Co będzie jak ten odbiorca zbankrutuje, albo znajdzie innego dostawce? Jesteś traderem na FOREXie, zarabiasz dużo, ale codziennie podejmujesz wielkie ryzyko straty swojego kapitału itd.


Teraz zastanówmy się
jak powinna wyglądać sytuacja człowieka, który odniósł sukces finansowy?
Człowiek sukcesu finansowego powinien posiadać jak największą wartość netto, jak największe dodatnie przepływy pieniężne netto, poświęcać zarobkowaniu jak najmniej czasu, a jego źródło dochodu powinno być obarczone jak najmniejszym ryzykiem. W tym kierunku wszyscy powinniśmy zmierzać!

Przeczytaj także:
Jakie są Twoje finansowe cele?
Jak stać się bogatym-prosta recepta!
Najtrudniej zarobić pierwszy milion
Finansowa niezależność-moje spojrzenie
Żyj z 4% swojego kapitału!

czwartek, 20 sierpnia 2009

Ignoruj informacyjny hałas!

Moim długoterminowym celem jest systematyczny wzrost wartości netto . Portfel podzieliłem pomiędzy giełdę (fundusze akcyjne), gotówkę (konto oszczędnościowe) oraz nieruchomości (działka budowlana pod inwestycje). Na dzień dzisiejszy to jakieś 170tyś złotych. Przy takiej kwocie ciągle najważniejsza jest stopa oszczędności, chociaż stopa zwrotu zaczyna odgrywać coraz istotniejszą rolę. Jako inwestor długoterminowy nie zawracam sobie jednak głowy krótkoterminowymi wycenami. Szczerze powiedziawszy, to nie wiem nawet na jakim poziomie wczoraj zamknął się WIG20. Nie wiem też jak dzisiaj wyglądał na otwarciu. Wiem, że obecnie znajdujemy się w okolicach 2000pkt i tyle mi wystarczy. Pomimo tego, że połowa mojego portfela zainwestowana jest w akcje, to wcale nie śpieszy mi się do hossy. Jednostki uczestnictwa w funduszach kupuje regularnie co miesiąc i wciąż mam nadzieję, że uda mi się kupić ich jak najwięcej po obecnych lub niższych cenach. W związku z tym wcale bym się nie obraził jakby indeksy powróciły do lutowych dołków, dało by mi to szansę na przynajmniej kilka kolejnych miesięcy tanich zakupów. Akcje na GPW dla długoterminowego inwestora są teraz w promocji i nie ważne czy jutro będą o 3% tańsze, czy o 4% droższe. Dla mnie każdy z tych poziomów nadal będzie atrakcyjny. Kupuje tanio, bo wiem, że za jakiś czas będę mógł sprzedać drożej, o wiele drożej. Moja cierpliwość będzie nagrodzona, bo po bessie musi kiedyś przyjść hossa. Wystarczy rzucić okiem na historyczny wykres WIG20, żeby zdać sobie sprawę, że teraz jest czas na kupowanie.


Bycie inwestorem długoterminowym ma wiele zalet, najważniejsza z nich, to moim zdaniem możliwość ignorowania codziennych wiadomości giełdowych, analiz, wycen, prognoz, czyli całego
cyrku zorganizowanego po to, żeby wielcy mogli sterować emocjami tłumu, golić go z kapitału. Mi wystarczy raz na miesiąc rzucić okiem na długoterminowe wykresy indeksów. Mam gdzieś poziomy wsparć i oporów i mało interesuje mnie opinie analityków, którzy
w znakomitej większości są zatrudniani przez instytucję, które same są ważnymi graczami na giełdzie. Rekomendacja "kupuj" może, (choć nie musi) oznaczać, że poszukiwani są frajerzy na zakup tego, na czym inni już zarobili. Faktem jest, że większość ludzi zajmujących się krótkoterminowymi spekulacjami na rynkach finansowych traci szybko swoje pieniądze. To do nich skierowana jest ta cała machina dezinformacji, to oni muszą codziennie walczyć ze swoimi emocjami. Ja po prostu czekam, aż WIG20 będzie powyżej 3000pkt, wtedy zacznę rozglądać się za dobrymi lokatami.

Przeczytaj także:
Jak inwestować radzi ? - radzi John Templeton
Jak stać się bogatym - prosta recepta!
Żyj z 4% swojego kapitału!
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?

środa, 19 sierpnia 2009

Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"

Jak wiadomo Amerykanie uwielbiają kupować na kredyt. Jako chyba jedyna nacja na świecie, do niedawna jeszcze, mieli ujemną stopę oszczędności. Tylko w Ameryce takie cuda były możliwe. Były możliwe,bo gdy Ameryka konsumowała, reszta świata kupowała amerykańskie papiery dłużne, czym de facto finansowała amerykańskie rozpasanie. Jednak czasy niekontrolowanej konsumpcji, przynajmniej na jakiś czas, Amerykanie mają już za sobą. Dzieje się tak, bo obecny kryzys gospodarczy szczególnie mocno uderzył właśnie w zadłużoną po uszy Amerykę. Tysiące ludzi traci pracę i zakupione na kredyt, po absurdalnych cenach domy. Pierwszy raz od czasów Wielkiej Depresji w USA przyszedł czas poważnego zaciskania pasa i oszczędzania. Amerykanie na gwałt szukają sposobów na spłatę swojego zadłużenia, fora internetowe są pełne rozpaczliwych próśb o pomoc w spłacie długów.
Jednym z popularniejszych podawanych sposobów jest "Kula Śniegowa" (ang. Debt Snowball), wymyślona przez słynnego guru finansów osobistych Davida Ramseya.
Ramsey uznał, że
w finansach osobistych nie zawsze najistotniejszy jest rachunek ekonomiczny i prosta arytmetyka. Liczby, liczbami, a i tak najważniejsza jest psychologia ludzka. Według Ramseya, dla spłacających długi, bardzo ważne są drobne zwycięstwa. Ludzie lubią zadania podzielone na mniejsze, łatwiej osiągalne etapy. Dlatego radzi on poszeregować wszystkie swoje kredyty i pożyczki od najmniejszego do największego. Patrz tabelka poniżej:

Patrząc na wszystkie kredyty w tabelce, od razu przychodzi na myśl, żeby rozpocząć nadpłaty od kredytu gotówkowego, bo to on jest najwyżej oprocentowany. Po jego spłacie przejść do spłat karty kredytowej, kredytu na samochód, kredytu na lodówkę i w ostatniej kolejności zacząć spłacać kredyt hipoteczny.


Dave Ramsey radzi podejść do tematu inaczej:

1. Poszereguj kredyty pod względem kwoty zadłużenia, od najmniejszej do największej (tak jak w tabelce).
2. Po zapłaceniu za wszystkie swoje potrzeby życiowe, zapłać minimalne wymagane raty wszystkich kredytów.
3. Pieniądze, które Ci zostaną przeznacz na spłaty najmniejszego kwotowo kredytu (w naszym przypadku kredyt na lodówkę). W ten sposób stosunkowo szybko osiągniesz pierwsze psychologiczne zwycięstwo w wojnie z zadłużeniem.
4. Kiedy pierwsza pozycja na liście zostanie spłacona, przejdź do kolejnej.
5. Kontynuuj, aż wszystkie Twoje długi znikną.

To wszystko! "Kula Śniegowa" Ramseya ma masę zwolenników, ma też swoich przeciwników, którzy zwracają uwagę na jej "problemy z matematyką". Mi osobiście bardzo podoba się pomysł skreślania kolejnych długów z listy. Myślę, że ten rodzaj podejścia do spłaty zadłużenia ma bardzo duże walory motywacyjne. Dzięki temu, że koncentrujemy się na liczbie kredytów, a nie na kwocie, a każdy spłacony kredyt (nawet ten najmniejszy), jest kolejnym zaliczonym etapem w drodze do celu jakim jest życie bez długów, jest nam dużo łatwiej trzymać się obranego kursu i uniknąć wypalenia.

Przeczytaj także:
Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami
Dobry dług, zły dług
Najpierw płać sobie
Bądź finansowym realistą!
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Ile pieniędzy potrzebujemy na emeryturę?

wtorek, 18 sierpnia 2009

Odkładanie przyjemności - czyli czego mogą nauczyć nas 4-latki!

W latach 60-tych, psycholog Walter Mischel przeprowadził eksperyment z grupą 4-latków. Każde z dzieci dostało po jednej piance marshmallow, wraz z obietnicą, że jeżeli powstrzymają się od zjedzenia swojej pianki przez 20 minut, w nagrodę dostaną kolejną. Następnie dzieci zostały pozostawione same. Jak nietrudno się domyślić, część dzieci nie wytrzymało i zjadło swoją piankę. Mishel wraz z grupą współpracowników śledził dalsze losy wszystkich dzieci biorących udział w eksperymencie, aż do osiągnięcia przez nie pełnoletności. Wywiady przeprowadzone z rodzicami i nauczycielami dzieci pozwoliły ustalić, że te z nich, które nie potrafiły odłożyć satysfakcji na później (zjadły swoje pianki) miały w późniejszym życiu problemy z niską samooceną, były uparte, miały skłonności do szybkiego wpadania w złość i średnio osiągały gorsze wyniki w nauce od dzieci, które w czasie testu nie uległy pokusie zjedzenia swojej pianki. Dzieci, które powstrzymały się od natychmiastowego zjedzenia pianki, w późniejszych latach, nie tylko lepiej się uczyły, ale także były bardziej optymistyczne, otwarte na ludzi i pewne siebie. Jednym z wniosków płynących z eksperymentu, jest to, że umiejętność odkładania przyjemności jest silnie skorelowana z wieloma pozytywnymi cechami charakteru. Jest to cecha ludzi o wyższej inteligencji emocjonalnej, którzy lepiej radzą sobie w życiu.

A jakie wnioski możemy wyciągnąć z tego eksperymentu z punktu widzenia finansów osobistych?

1. Unikaj pokus! W czasie eksperymentu część dzieci zasłaniało rączkami oczy, żeby nie widzieć pianki. Każdy z nas ma jakieś słabości, miejsca i rzeczy na które wydaje pieniądze. Nie możesz oprzeć się jedzeniu w Fast Foodach, po prostu ich unikaj. Masz słabość do kupowania butów, omijaj sklepy obuwnicze szerokim łukiem. Skoro 4-latek mógł znaleźć w sobie dość siły, żeby pokonać chęć zjedzenia pianki, ty też możesz!

2. Znajdź zajęcie, które odwróci Twoją uwagę od pokusy!
W czasie testu jedno z dzieci, nie mogąc wytrzymać, zaczęło oblizywać stół wokół swojej pianki. Udało mu się przetrwać 20 minut do końca eksperymentu. My zamiast chodzić po centrach handlowych, możesz zacząć uprawiać jogging, łowić ryby, chodzić do biblioteki, uprawiać ogród, grać w piłkę, śpiewać w chórze itd, itd. Na świecie jest tysiące niedrogich i dających satysfakcję zajęć, trzeba się tylko wokół siebie rozejrzeć.

3. Za ciastko, którego nie zjesz dzisiaj, jutro możesz mieć dwa!
Nawet niektóre 4-latki potrafią zrozumieć, że warto poczekać, bo jedno ciastko jest lepsze od dwóch ciastek. Odkładanie przyjemności jest być może jednym z ważniejszych umiejętności na drodze do finansowej niezależności. Każda złotówka zaoszczędzona dzisiaj, pozwoli nam na kilkakrotnie większą konsumpcje w przyszłości.

W codziennym życiu ciężko opierać się wszechobecnym pokusom, dlatego kiedy następnym razem staniemy przed wystawą sklepową z nieodpartą chęcią kupienia sobie czegoś ładnego, pomyślmy o 4-latku zasłaniającym oczy rękami. Skoro on mógł oprzeć się pokusie, żeby uzyskać 100% zwrotu na inwestycji, my tez możemy spróbować. W końcu jesteśmy dorośli:)

Źródło:
Mischel, W., Shoda, Y., & Rodriguez, M. L. (1989). Delay of gratification in children. Science, 244, 933-93


Przeczytaj także:
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!
Najtrudniej zarobić pierwszy milion!
Dobry dług, zły dług
Klucz do bogactwa

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jak stać się bogatym - prosta recepta!

Każdy z nas słyszał o ludziach takich jak Bill Gates, Michael Jordan, Stephen King, Steven Spielberg, Madonna czy Clint Eastwood. Wszyscy oni osiągnęli niesamowity sukces w swoich dziedzinach. Dzięki talentowi, ciężkiej pracy i szczęściu zdobyli pieniądze i sławę. Kiedy byłem dzieckiem marzyłem, żeby grać w piłkę jak Maradona. Niestety nic z tego. Nie miałem nawet 1/10 talentu piłkarskiego boga z Argentyny. A nawet gdybym go miał, wcale nie jest takie pewne, że zrobiłbym podobną karierę. Na każdego piłkarza grającego w pierwszym składzie Barcelony, przypada tysiące, może nawet setki tysięcy chłopców, którym się nie powiodło. Hollywood jest pełne pięknych kelnerek i przystojnych barmanów, którzy czekają na swoją szansę. Znakomita większość z nich nigdy się nie doczeka. Na jedno U2 przypada tysiące niezłych kapel, które nigdy się nie przebiją. Jeden geniusz informatyczny zarobił na serwisie internetowym 100mln, ale dziesiątki tysięcy innych serwisów plajtuje. Dlatego uważam, że planowanie zdobycia bogactwa poprzez zrobienie wielkiej kariery, nie jest dla nas ludzi przeciętnych właściwym kierunkiem. Podziwiajmy gwiazdy, niech będą dla nas inspiracją. Niech ich sukcesy motywują nas do większej pracy nad sobą, ale powiedzmy sobie szczerze, nasze szanse dołączenia do nich są minimalne.
Nie polecam także hazardu i grania w totka. W jednym i drugim rachunek prawdopodobieństwa pracuje przeciwko nam, co oznacza, że tylko mały procent coś się na tym może wzbogacić. Większość na pewno zbiednieje.
Jak w takim razie stać się bogatym? Recepta jest bardzo prosta! (co nie znaczy, że łatwa)

Oto ona:

1. Dobrze płatna praca
Zdobądź wykształcenie/umiejętności, które pozwolą na znalezienie dobrze płatnej pracy lub założenie dochodowej firmy.
To jest podstawa. Rozumiem, że w Polsce jest to bardzo trudne zadanie, ale naszym celem jest stanie się bogatym. Z pustego i Salomon nie naleje. Musisz zarabiać kilka tysięcy złotych na rękę.
Osobiście znam masę młodych ludzi, którzy tyle właśnie zarabiają jako przedstawiciele handlowi, inżynierowie, bankowcy itd. Więc jest to możliwe. Warunek, posiadanie odpowiednich umiejętności i wykształcenia.

2. Odkładaj i inwestuj 20% swoich zarobków
Załóż wysoko oprocentowany rachunek oszczędnościowy, inwestuj na giełdzie, kupuj obligacje, jednostki funduszy inwestycyjnych, złote monety. Inwestuj i żyj tak jakbyś zarabiał o 20% mniej.

3. Bądź cierpliwy
Reinwestuj zarobione pieniądze. Pamiętaj, pieniądz robi pieniądz! Po dziesięciu latach będziesz bogatszy od większości ludzi których znasz osobiście, po kolejnych 10 latach będziesz bogatszy od 95% Polaków. Zbliżysz się bardzo blisko do wolności finansowej.

To wszystko! Prosta, choć niekoniecznie łatwa droga do bogactwa. Pewnie, że lepiej byłoby być gwiazdą rocka, albo współwłaścicielem Google, ale cóż nie każdemu jest to pisane. Podany przeze mnie sposób, nie sprawi, że znajdziemy się na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika WPROST, ale na pewno pozwoli nam posmakować wolności. Czego wszystkim czytelnikom bloga serdecznie życzę:)

Przeczytaj także:
Najtrudniej zarobić pierwszy milion
Jak inwestować? - Radzi John Templeton
Milionerzy z sąsiedztwa
Klucz do bogactwa
Siła procentu składanego
Ile pieniędzy potrzebujemy na emeryturę


sobota, 15 sierpnia 2009

Co wiedzą o nas markety spożywcze?













Duże sieci spożywcze to bardzo efektywnie działające, dobrze poukładane przedsiębiorstwa. Przez wiele lat nauczyły się doskonale nami manipulować. W naszym ulubionym markecie nic nie dzieje się przypadkiem! Wszystko, dosłownie wszystko, jest tak urządzone, żebyśmy kupowali jak najwięcej. Markety doskonale wiedzą jak nas "oszukiwać". Wiedzą kto przychodzi do nich na zakupy, znają jego słabości i doskonale potrafią je wykorzystać.

Co o nas wiedzą w naszym markecie spożywczym?
Po pierwsze, czym dłużej nas u siebie zatrzymają tym bardziej prawdopodobne, że kupimy więcej. Kupimy nawet to, po co wcale do nich nie przyszliśmy. Dlatego za produktami pierwszej potrzeby, takimi jak pieczywo, czy nabiał, musimy się nieźle nabiegać. Najczęściej trzeba ich szukać na drugim końcu sklepu. Przypadek? Nie ma tutaj miejsca na przypadki, to efekt szczegółowych badań zachowań konsumenckich. Idąc po chleb, mijamy kilkanaście półek, z setkami innych produktów. Są duże szanse, że po któryś z nich sięgniemy. Prawie zawsze sięgamy!
Po drugie, nasz market doskonale wie, że najchętniej sięgamy po produkty wyłożone na wysokości naszych oczu. Przypadkiem, na takiej właśnie wysokości znajdują się produkty, na których market zarabia najwięcej (dostawcy płacą za dobre miejsca na półkach duże pieniądze), lub z jakiś przyczyn musi sprzedać je najszybciej (np. bliski termin przydatności do spożycia). Wyjątkiem są płatki śniadaniowe dla dzieci i słodycze, te grupy produktów są zawsze w zasięgu najmłodszych. Nasz market wie, że słuchając miłej spokojnej muzyki, zwalniamy, przestajemy się śpieszyć. Wie też, że jeżeli widzimy dwa podobne do siebie produkty, jeden droższy, drugi tańszy to raczej wybieramy tańszy. Lecz gdy obok jest jeszcze jeden podobny produkt w średniej cenie to najczęściej właśnie ten produkt wyląduje w naszym koszyku. A koszyki są bardzo duże, bo w naszej podświadomości musi być zakodowane, że przyszliśmy tutaj na duże zakupy. Nie wypada przecież wyjść ze sklepu tylko z chlebem i masłem.
Po trzecie, nasz market wie, że lubimy zapach świeżego pieczywa i świeżo upieczonych ciastek. Zaczynamy myśleć o jedzeniu, stajemy się głodni, kupujemy więcej. Dlatego w marketach wszechobecne są takie właśnie zapachy.
Po czwarte, w naszym markecie wiedzą, że lubimy promocje. Więc na okrągło je nam organizują. To promocje mają nas przyciągnąć do sklepu, a kupimy i tak więcej i często drożej niż u konkurencji.
Po piąte, markety wiedzą, że mamy kłopoty z prostymi obliczeniami. Stąd masa promocji typu, litr mleka kosztuje 1,29 zł, a w promocji 1.5 litra 1.94zł itd.
Po szóste, markety wiedzą, że w kolejce do kasy czekamy średnio 5-7 minut. To znaczy tyle mamy czekać, więc zawsze otwartych jest akurat tyle kas, żebyśmy trochę poczekali. W 5 minut, umęczony zakupami klient, w szał jeszcze nie wpadnie, za to, będzie miał kilka chwil na rzucenie okiem na gumy do żucia, batonika, czy Newsweeka. Wielu z nas dorzuci jeszcze coś do koszyka.
Potem już prosto do domu, gdzie czeka już najnowsza gazetka promocyjna:)

Co w takim razie robić? Czy człowiek ma szanse w pojedynku z marketingową maszyną, która o jego psychice i zachowaniach konsumenckich wie więcej niż on sam? Oczywiście, że tak!

Oto jak sobie poradzić:
1. Przed pójściem do marketu sporządź listę zakupów, nie kupuj nic, czego na niej wcześniej nie umieściłeś. Zanim stworzysz listę zakupów, zrób najpierw plan posiłków np. na tydzień do przodu. Lista zakupów powinna być zrobiona na jego podstawie.
2. Nie rób zakupów kiedy jesteś głodny. Kiedy jesteśmy głodni kupujemy więcej!
3. Jeżeli to możliwe nie zabieraj na zakupy dzieci. Dzieci są najlepszymi naciągaczami:), wszystko chcą, wszystko znają z reklam i nam rodzicom ciężko im odmówić.
4. Nie kupuj tylko dlatego, ze coś jest na promocji. Jeżeli nie ma tego na Twojej liście, to znaczy, że tego nie potrzebujesz.
5. Sprawdzaj dolne półki, często tam "ukryte" są dobre okazje.
6. Rób zakupy jak najrzadziej, spędzaj na nich jak najmniej czasu!

Przeczytaj także:
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!
Dobry dług, zły dług
Odróżnianie zachcianek od potrzeb
Najpierw płać sobie
Siła procentu składanego


piątek, 14 sierpnia 2009

Gwiazdy którym zabrakło na życie!

Co łączy Mikea Tysona i Georga Foremana? Bardzo dużo, obaj byli wielkimi bokserami, mistrzami świata wagi ciężkiej. Łączy ich jeszcze jedna ciekawa rzecz, obojgu na koniec kariery zabrakło środków do życia. Wielki George był zmuszony powrócić na ring w wieku 45lat. Cel? Spłata wierzycieli. Udało mu się! Przez chwilę nawet odzyskał pas mistrzowski. Jego młodszy kolega, słynna Bestia, czyli Mike Tyson w czasie swojej spektakularnej sportowej kariery zarobił 300mln dolarów! Kwota dla przeciętnego śmiertelnika niewyobrażalna. No cóż, niestety Tysonowi wydawanie pieniędzy szło tak samo dobrze jak nokautowanie przeciwników. W 2003 roku był zmuszony ogłosić bankructwo. Powód? 27mln USD długu!
Znana piosenkarka
Tony Braxton w 1998 roku ogłosiła bankructwo, nie była w stanie spłacić prawie 4 mln długu. Jej majątek został zlicytowany, włączając w to dwie statuetki grammy, które otrzymała rok wcześniej. To samo spotkało MC Hammera, Latoye Jackson, Dona Johnsona, Burta Reynoldsa, Francisa Forda Coppolę, Walta Disneya, Zsa Zsa Gabor, Kim Basinger,Oskara Wildea, Toma Petty, Abrahama Lincolna i wielu, wielu innych. Chciałoby się zapytać, jak to możliwe, że ludzie zarabiający miliony popadają w poważne tarapaty finansowe. Jak można zarobić 300mln dolarów i parę lat później znaleźć się w dołku finansowym z prawie 30 mln USD do spłaty?! Jak widać można, bo proste zasady zarządzania finansami osobistymi obowiązują wszystkich. Tylko skala jest inna. Kowalski ma 200zł deficytu miesięcznie, a Tyson pół miliona dolarów. Jeden i drugi nie potrafi kontrolować swoich wydatków. Obaj zapomnieli o prostej zasadzie, że nie można wydawać więcej niż się zarabia. Nawet jak zarabia sę krocie, można osiągnąć dno, jeżeli regularnie nie domykamy budżetu. Między nami szaraczkami, a gwiazdami jest jednak jedna zasadnicza różnica - oni są w stanie łatwo odrobić to co stracili. Wystarczy wystąpić w paru reklamach gdzieś w Azji, zaśpiewać na weselu córki miliardera, czy wziąć zaliczkę za następne 5 płyt. Nam ciężej wyjść z dołka, o wiele ciężej. Dlatego lepiej się do niego sami nie pakujmy!

Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Ciekawostki finansowe Cz. 1
Moja wartość netto - lipiec 2009
Najpierw płać sobie!
Jak stworzyć budżet domowy?
Odróżnianie zachcianek od potrzeb


czwartek, 13 sierpnia 2009

Żyj z 4% swojego kapitału!

Któż z nas nie marzy o życiu rentiera. Jednak dla większości z nas marzenie to pozostaje na zawsze ...... marzeniem. Dzieje się tak, ponieważ, po pierwsze, zostanie rentierem kojarzy się nam z wielkimi, nieosiągalnymi pieniędzmi, a po drugie, nie potrafimy określić kwoty jaka byłaby nam potrzebna, aby osiągnąć status rentierski . W związku z powyższym nie potrafimy zamienić naszego marzenia na cel i zamiast konkretnego planu działania, nasze marzenia o finansowej niezależności kończą się, na bardziej lub mniej regularnych wizytach w kolekturach lotto.
Na początek, chciałbym się rozprawić z powszechnym mitem jakim jest stawianie równości pomiędzy byciem rentierem i milionerem. Nie wiem ilu w Polsce jest milionerów, ale jestem pewien, że na pewno wielokrotnie więcej od milionerów mamy rentierów. Co więcej, większość z nas rentiera ma w swojej rodzinie! Jak nietrudno zgadnąć, mam na myśli emerytów. Czy nam się to podoba, czy nie,
każdy emeryt jest rentierem. Wszyscy nimi kiedyś będziemy, jeżeli oczywiście dożyjemy wieku emerytalnego. Więc w czym problem? Po pierwsze, nie koniecznie satysfakcjonuje nas poziom życia polskiego emeryta, a po drugie status rentiera zapewne lepiej smakowałby w wieku mniej zaawansowanym. Niestety dla przeciętnego oszczędzającego, oba te cele jednocześnie są trudne do zrealizowania. Jest to spowodowane logiką działania procentu składanego, którego dobrodziejstwa są tym większe im dłuższy jest czas oszczędzania. Sprawa więc jest prosta, żeby stać się "młodym" emerytem, trzeba w jak najmłodszym wieku zacząć inwestować.
Jak określić kiedy nas będzie stać, na powiedzenie szefowi, co tak naprawdę o nim myślimy:)?
Na początku sami musimy sobie odpowiedzieć jaka kwota miesięcznie nas satysfakcjonuje. Załóżmy, że jest to 4ooozł. Jeżeli uznamy, że mając do dyspozycji tyle właśnie pieniędzy każdego miesiąca (indeksowane o inflację), będzie nas stać na życie o jakim marzymy, to musimy tylko ustalić na jaką kwotę musi opiewać nasz portfel, żebyśmy bezpiecznie co miesiąc mogli go uszczuplać o 4000zł (plus inflacja). Tutaj z pomocą przychodzi nam proste narzędzie znane w finansach jako
zasada 4%. Zasada czterech procent mówi, że jeżeli rocznie z posiadanego kapitału, który jest cały czas inwestowany w różne instrumenty finansowe, wypłacimy nie więcej niż 4% jego wartości to w okresie 25-30 lat nie zabraknie nam pieniędzy. Dlaczego tylko 25-30 lat? Bo za taki okres wstecz są dostępne dane.
Generalnie dla bardzo młodych emerytów/rentierów, mówię tu o wieku do 40 lat, czasami do wyliczeń przyjmuje się minimalnie niższą stopę wypłaty, 3,5% do 3%.
Wracając do naszego przykładu, osoba chcąca żyć za 4000zł miesięcznie (48tys rocznie), musi mieć zaoszczędzone 48000/0.04 = 1.200 000zł. Mając dzisiaj 1.2mln zł, możemy spokojnie założyć, że wypłacając sobie 4tyś zł miesięcznie, nie zabraknie nam pieniędzy. Jeżeli w pierwszym roku inflacja wyniosła 3% to w kolejnym wypłacimy sobie 48000 + 1440(3% z 48tyś)= 49440zł itd. Przypominam, że przy tego rodzaju wyliczeniach należy brać pod uwagę inflację i jej efekt na nasz portfel
. Milion złotych dzisiaj to nie to samo co milion za 25 lat!
Zasada 4% podobnie jak zasada 72
to narzędzie pozwalające nam na szybkie oszacowanie wymaganej kwoty. Otrzymany wynik nie jest wynikiem dokładnym, nie mniej jednak daje nam możliwość, dokonywania szybkich symulacji finansowych.
Co więcej, mając możliwość prostego oszacowania potrzebnej nam kwoty, możemy zacząć przekuwać marzenia na konkretne, osadzone w czasie i realistyczne plany! Czego wszystkim życzę:)

Przeczytaj także:
Najtrudniej zarobić pierwszy milion
Najpierw płać sobie!
Ile pieniędzy potrzebujemy na emeryturę?
Odróżnianie zachcianek od potrzeb
III filar - fakty i mity!

środa, 12 sierpnia 2009

Bądź finansowym realistą!

Cokolwiek robimy, nie jesteśmy w stanie zmienić naszej sytuacji finansowej z dnia na dzień. Duże cele finansowe jak spłata kredytu hipotecznego, czy odłożenie na zakup mieszkania wymagają cierpliwości i czasu, niekiedy bardzo długiego czasu. Większość z nas nawet nie myśli o wcześniejszej spłacie kredytu, czy zgromadzeniu dużej kwoty. Przytłoczeni wielkością zadania, poddajemy się już na starcie. Zebranie kilkuset tysięcy złotych, przez powiedzmy 10 lat, wydaje nam się niemożliwe, więc rezygnujemy. Przytłoczeni myśleniem o sprawach wielkich, zapominamy o tym, że stan naszych finansów jest wypadkową wielu, niekiedy wydawałoby się mało istotnych decyzji podejmowanych każdego dnia. To, że zmiana pracy na lepiej płatną ma wpływ na nasz stan finansów jest oczywiste dla każdego, ale o zakupie chipsów już raczej nie myślimy w ten sposób. A powinniśmy, bo takich pozornie mało istotnych decyzji podejmujemy setki rocznie.
Każda nawet najdrobniejsza decyzja, chociażby zakup gumy do żucia, ma wpływ na realizację naszych celów. Jeżeli poprzeczka wydaje się być zawieszona za wysoko, nasz cel wydaje się niemożliwy lub zbyt odległy do osiągnięcia, to musimy zacząć koncentrować się na mniejszych zadaniach. Dokładnie tak jak przy odchudzaniu, jeżeli chcemy pozbyć się 25kg, to nie oczekujemy, że stanie się to w ciągu tygodnia. Cieszmy się z kilograma mniej w tym miesiącu. Pomalutku, cierpliwie dojdziemy do naszej zakładanej wagi. Tak samo w finansach, cieszmy się z drobnych sukcesów. W tym miesiącu udało mi się odłożyć 200zł i o tyle bliżej mam do realizacji mojego wielkiego celu. Miałem ochotę na Colę, ale jej nie kupiłem, pokonałem słabość. Mój cel jest o kolejny malutki kroczek bliżej. Nie zapominajmy o milionie złotych, który chcemy mieć na nasze 40 urodziny, ale też nie myślmy o nim zbyt często, jeżeli wszystko co mamy dzisiaj to kilka tysięcy złotych. Koncentrujmy się na mniejszych celach i celebrujmy drobne sukcesy. Inaczej prędzej czy później się wypalimy, stracimy motywację.

Przeczytaj także:
Klucz do bogactwa
Odróżnianie zachcianek od potrzeb
Fundusz Bezpieczeństwa
Ile pieniędzy potrzebujemy na emeryturę

wtorek, 11 sierpnia 2009

Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
















Jak wiadomo, główną funkcją ubezpieczenia na życie jest zapewnienie bezpieczeństwa finansowego naszym najbliższym, w przypadku naszej śmierci. Nie ulega wątpliwości, że jeżeli są w naszym życiu są osoby zależne od naszego dochodu, to zdecydowanie powinniśmy wykupić polisę na życie. Ostatnią rzeczą jaką bym sobie życzył w przypadku pożegnania się z tym światem, byłyby problemy finansowe i obniżenie standardu życia mojej rodziny. Wystarczającym bólem jest strata ojca, czy matki, dlatego odejście jednego, czy obojga z nich, nie powinno oznaczać dodatkowych jeszcze stresów finansowych. Świadomość, że w przypadku mojej śmierci, żona otrzyma wystarczającą kwotę pieniędzy na uregulowanie naszych zobowiązań finansowych i zapewnienie edukacji dzieciom, jest dla mnie bardzo uspokajająca.
No właśnie, ale na jaką kwotę powinniśmy się ubezpieczyć? Odpowiedź na to pytanie musimy dać sobie sami. Oczywiście, jak poszperamy trochę po internecie to znajdziemy wiele porad, które najczęściej podają kwoty w oparciu o wielokrotność naszych zarobków. Sugerowane kwoty najczęściej oscylują w przedziale od 5 do 12 krotności naszych rocznych dochodów. Czyli jeżeli rocznie zarabiasz 40 tysięcy, to w zależności od tego kto akurat udziela rady, powinieneś wykupić polisę na kwotę pomiędzy 200 a 500tys. No właśnie, fajnie, że jakiś orientacyjny przedział ktoś nam podaje, ale tak naprawdę to i tak nic nam to nie mówi. Każdy ma inną sytuację finansowo-osobistą i w związku z tym, potrzebuje innej sumy ubezpieczenia.
Proponuję, zanim damy się zbajerować agentowi ubezpieczeniowemu, żebyśmy najpierw sami spróbowali odpowiedzieć sobie na następujące pytania:
  • Kto i w jakim stopniu zależy od naszych dochodów?
  • Ile zarabiamy i przez jaki okres suma wypłaconego ubezpieczenia, będzie musiała zastąpić nasze zarobki?
  • Jaka jest wysokość naszych zobowiązań finansowych?
  • W jakim wieku są nasze dzieci i jaki będzie koszt ich edukacji?
  • Czy nasi bliscy będą mogli liczyć na pomoc np. rodziny?
  • Jaki będzie koszt naszego pogrzebu?
Dopiero odpowiedzi na powyższe pytania pozwolą nam bliżej sprecyzować nasze faktyczne potrzeby. Innej sumy ubezpieczenia będzie potrzebował jedyny żywiciel rodziny i ojciec trójki małych dzieci, a innej osoba bezdzietna, na dodatek mająca dobrze zarabiającego partnera.
Osoby mocno zadłużone np. posiadające wysokie kredyty hipoteczne, mają wyższe potrzeby od osób bez zobowiązań kredytowych. Być może, ktoś z Twoich najbliższych cierpi na chorobę, która wymaga długofalowej i kosztownej opieki lekarskiej, może Twoje dziecko jest uzdolnione muzycznie i chciałbyś, żeby po Twojej śmierci nadal mogło pobierać prywatne lekcje fortepianu.
Tego typu przykłady można mnożyć w nieskończoność. Wniosek jest jeden, suma ubezpieczenia, jest sprawą indywidualną. Nikt za nas tego nie wymyśli, musimy sami odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań i wykonać parę działań matematycznych.

Przeczytaj także:
Dobry dług, zły dług
Jakie są Twoje finansowe cele?
Jak stworzyć budżet domowy?
Siła procentu składanego


niedziela, 9 sierpnia 2009

Finansowa Niezależność - Moje spojrzenie















Finansowa niezależność nie kojarzy mi się z bogactwem i jego materialnymi atrybutami. Nie marzę o drogich zabawkach i luksusie. Dla mnie finansowa niezależność to wolność,bezpieczeństwo i spokój. Wolność to brak przymusu, możliwość dokonywania wyborów. Jeżeli chcę pracować to pracuję, jeżeli mam ochotę studiować filozofię, albo historię sztuki to studiuję. Kilka miesięcy w szkole językowej w Gwatemali, żaden problem! Bycie wolnym to swobodne dokonywanie wyborów życiowych, pozbycie się długów, pozostawienie za sobą wyścigu szczurów.
Często myślę o
poczuciu bezpieczeństwa, jakie dałaby mi świadomość, że dochód płynący z poczynionych wcześniej inwestycji (np. z nieruchomości, dywidend, udziałów w firmach, odsetek bankowych), w całości pokrywa koszty mojego życia. O ileż spokojniej można żyć, wiedząc, że nasze bezpieczeństwo finansowe nie zależy już od wynagrodzenia za wykonywaną pracę, od humoru szefa. Można chyba powiedzieć, że niezależność finansowa to nic innego, jak komfort posiadania wystarczających środków finansowych na pokrycie naszych potrzeb życiowych. Ile pieniędzy potrzebujemy, żeby stać się niezależnymi finansowo? To kwestia bardzo indywidualna. Zależąca od tego jak bardzo chcemy/potrafimy uprościć nasze życie. Z niezależnością finansową jest trochę tak jak z budową domu. Można mieć dom za 300tys i za 20 milionów. Dla mnie finansowa niezależność ma przede wszystkim wymiar duchowy, nie potrzebuję jeździć najnowszym modelem Jaguara, ani zakupów w Paryżu. Wolę Bieszczady od Nowego Jorku, spacer z psem po lesie od dyskoteki na Ibizie. Chcę być bogaty, ale tylko po to, żeby pieniądze więcej nie rządziły moim życiem. Nie oszukujmy się, pieniądze zawsze będą ważne, ale to one mają pracować dla mnie, nie ja dla nich.

Przeczytaj także:
Jakie są Twoje finansowe cele?
Klucz do bogactwa
Żyj z 4% swojego kapitału
Fundusz bezpieczeństwa

czwartek, 6 sierpnia 2009

Nie możesz mieć wszystkiego naraz !

W codziennym życiu jesteśmy ciągle poddawani naciskowi, żeby kupować nowe rzeczy. Gdziekolwiek nie pójdziemy tam reklama, w radiu, w telewizji, w internecie, wszędzie. Kolega z pracy kupił nowego laptopa, sąsiad ma nowy samochód, a kuzynka jedzie na wakacje do Hiszpanii. Atakują nas spece od marketingu, pan z telewizora, jesteśmy pod ciągłą presją społeczną, więc jak tu nie kupować. Mechanizm jest prosty, jeżeli pojawia się zachcianka staramy się ją zaspokoić. Jak tylko zaspokoimy jedną, zaraz pojawia się następna i kolejna itd. Kto z nas, z ręką na sercu, może powiedzieć , że w ostatnim roku, nie zdarzyło mu się bezsensownie wydać pieniędzy. Kiedy pomyślę, ile przez ostatnie 10 lat wydałem pieniędzy na bezsensowne zakupy, na zwykły chłam, na głupie rozrywki, fast foody, ubrania, których nie noszę, płyty, których nie słucham i książki, których nie przeczytałem, to łezka się w oku kręci. Ile mogłem zaoszczędzić! E tam, zaoszczędzić, mogłem pojechać do Japonii, albo na Grenlandię. Nie pojechałem, bo nie miałem pieniędzy. Moje pieniądze "inwestowałem" w zabawki, które w momencie zakupu, wydawały mi się niezbędne, a tak naprawdę do niczego nie były mi potrzebne. Teraz jest już znacznie lepiej, ale do doskonałości nadal bardzo wiele mi brakuje.
Jest lepiej,
bo zrozumiałem, że w życiu nie można mieć wszystkiego naraz! Odróżniać zachcianki od potrzeb to jedno, ale bardzo ważna jest też umiejętność wyboru pomiędzy zachciankami. Bo tak naprawdę, w posiadaniu zachcianek nie ma nic złego, złe jest nastawienie, że każda zachcianka powinna zostać zaspokojona. NIE MUSI! Każdy czasami powinien pozwolić sobie na trochę finansowego luzu. Niech to jednak, będzie wyjątek, a nie reguła. Nauczmy się wybierać, co dla nas w danym momencie jest ważniejsze, nowe spodnie, czy zegarek. Samochód, czy egzotyczna wycieczka. Kupujmy tylko to, na czym naprawdę nam zależy, o czym marzymy i NA CO NAS STAĆ! Nie śpieszmy się z zakupem, poczekajmy, nazbierajmy pieniądze, żeby nie kupować na kredyt. Zawsze pamiętajmy jakie są nasze prawdziwe cele i czy dany zakup nas do nich przybliża, czy od nich oddala. Zastanówmy się jak ma się zakup nowego gadżetu do marzenia o osiągnięciu np. niezależności finansowej. Zadajmy sobie pytanie, co wolimy, wydać 200zł dzisiaj, czy mieć 2000zł za kilka lat. Czy akurat teraz stać nas na buty i perfumy. Czy może zakup perfum powinniśmy odłożyć, może buty też mogą poczekać?
Nie dajmy sobie wmówić, że coś nam się od życia należy, że zasługujemy na batonika, albo dwunastą torebkę. Takiego sposobu myślenia uczą nas specjaliści od reklamy, "pozwól sobie na odrobinę luksusu", "jesteś tego warta", "poczuj się lepiej", "dołącz do ekskluzywnego grona". Wiadomość jest prosta, daj nam swoje pieniądze, w zamian dostaniesz ładnie opakowane zabawki, których tak naprawdę nie potrzebujesz.

Nie dopuśćmy do sytuacji gdzie wczorajsze luksusy stają się dzisiejszymi potrzebami!
To droga donikąd. W ten sposób nic w życiu, nie osiągniemy. Najnowsza plazma jest najnowsza tylko przez kilka miesięcy. Wcale jej do szczęścia nie potrzebujemy. Możemy kupić telewizor za 1000zł, możemy wcale nie mieć telewizora. Budżetu domowego nie można bez końca "rozciągać", jeżeli w danym miesiącu mamy 200zł na wolne wydatki, to nie możemy wydać 500zł. Musimy coś wybrać, a z czegoś zrezygnować. W przeciwnym razie stracimy kontrolę nad swoimi wydatkami i prędzej czy później popadniemy w spiralę zadłużenia.
Finanse osobiste to w 99% psychologia, dlatego tak ważne są nasze cele. Bez nich, trudno jest się kontrolować. Nowe spodnie, czy wyjście do restauracji, zawsze będą atrakcyjniejsze od oszczędzania bez celu. Posiadanie konkretnych celów finansowych, uodparnia nas na pokusy i chroni przed popadaniem w "spiralę zaspakajania zachcianek".
W moim przypadku, jak mi się już coś naprawdę podoba i zaczynam mieć poczucie, że muszę to mieć i nie jestem w stanie przekonać sam siebie, żeby tego nie kupować, to przynajmniej wykreślam z mojej "listy życzeń" coś innego. Ostatnio np. poszedłem do kina i w związku z tym następnego dnia, świadomie zrezygnowałem z wyjścia ze znajomymi na piwo. Wytłumaczyłem sobie, że choć bardzo lubię jedno i drugie, to nie stać mnie na oba naraz. Wybrałem kino, a 80zł, które wydałbym na piwkowanie, przeznaczyłem na zakup jednostek uczestnictwa w funduszu akcyjnym Legg Mason. Oczywiście, z punktu widzenia mojego marzenia o osiągnięciu niezależności finansowej, lepiej byłoby, żebym zrezygnował także z kina, ale jestem tylko słabym człowiekiem:).

Przeczytaj także:
Jakie są Twoje finansowe cele?
Dobry dług, zły dług
Odróżnianie zachcianek od potrzeb
Jak stworzyć budżet domowy

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Najtrudniej zarobić pierwszy milion

Polacy lubią powtarzać "pierwszy milion trzeba ukraść". Brak wiary w możliwość uczciwego wzbogacenia się jest w naszym społeczeństwie głęboko ukorzeniony. Skoro nie wierzymy w nasze państwo, w uczciwość i sprawność policji, w nasz system prawny, służbę zdrowia, system emerytalny to dlaczego niby mamy wierzyć, że bogaty doszedł do pieniędzy uczciwą, ciężką pracą. Najłatwiej powiedzieć, że nakradł, co niestety, patrząc na naszą najnowszą historię, często jest prawdą. Nasz narodowy stosunek do pieniędzy i bogacenia się został ukształtowany, przez nasze doświadczenia. Przez prawie pół wieku komuny, wmawiano nam, że bogacenie się jest niemoralne, a ten, który coś ma, to złodziej i spekulant, który dorobił się kosztem klasy robotniczej. W pierwszych latach demokracji, wcale nie było lepiej. Wiele fortun powstawało w tzw. szarej strefie, ze służbami, skorupowanymi politykami i mafią w tle. Społeczeństwo niemal codziennie było bombardowane informacjami o nowych aferach i aferkach gospodarczych. Grobelny, Bagsik, czy Rywin odwiedzający Michnika na pewno nie budowali wiary Polaków w kapitalizm i etos bogacenia się przez ciężką pracę. Do tego dochodzi nasz ogólnonarodowy analfabetyzm ekonomiczny, brak wzorców ekonomiczno-finansowych wyniesionych z domów rodzinnych (nasi rodzice, żyli w innej rzeczywistości ekonomicznej) i co za tym idzie podatność na wszelkiego rodzaju manipulacje. O ile łatwiej mają Amerykanie czy Anglicy. Ja z moim dziadkiem mogłem co najwyżej pogadać o tym, jak to było na wojnie, młody Amerykanin może od dziadka dowiedzieć jak inwestować na giełdzie, może skorzystać z jego doświadczeń i strategii finansowych, ma możliwość prześledzenia historii finansowej swoich najbliższych, co najmniej na dwa pokolenia wstecz. Jest to nie do przecenienia.
My musimy wszystkiego nauczyć się sami, brakuje nam pozytywnych wzorców, jeszcze długo nie dorobimy się polskiego W.Buffeta, nie znamy nikogo kto jest beneficjentem
kilkudziesięciu lat systematycznego oszczędzania i inwestowania. Ale czy to oznacza, że nie powinniśmy próbować? Musimy przejmować dobre wzorce z zachodu, wierzyć, że Polak potrafi. Skoro po świecie jeździ miliony emerytów amerykańskich, niemieckich czy japońskich to warto zastanowić się jak oni to zrobili, że są w stanie podróżować, cieszyć się życiem, w czasie kiedy przeciętny polski emeryt nie może nawet pomarzyć o wyjeździe nad Bałtyk. Emeryci amerykańscy czy kanadyjscy teraz zbierają owoce wielu lat systematycznego oszczędzania i inwestowania. Czyli tego, na co nasi rodzice i dziadkowie nie mieli szans. My, mówię tu, o dzisiejszych 20-40 latkach jesteśmy pierwszą generacją mającą do dyspozycji odpowiednie instrumenty prawno-finansowe, żeby systematycznie, poprzez oszczędzanie i inwestowanie, wzbogacać się.
Wracając do tematu dzisiejszego wpisu, chciałbym pokazać na podstawie obliczeń
matematycznych, że faktycznie o pierwszy milion jest najtrudniej.
Załóżmy, że zaczynamy inwestować z celem uzbierania miliona złotych. Jak szybko do niego dojdziesz, co z kolejnymi milionami? Poniżej zamieszczam tabelkę z wyliczeniami.



Wyraźnie widać, że
zaoszczędzenie pierwszego miliona to najbardziej czasochłonne zadanie. Inwestując 200zł miesięcznie, przy 10% średniorocznej stopie zwrotu, na naszego miliona, będziemy musieli poczekać prawie 38 lat, ale o następnego miliona wzbogacimy się już niecałe 7 lat później, na trzeciego miliona poczekamy tylko kolejne 4 lata!

Wnioski:

  1. Najtrudniej jest zebrać początkowy kapitał, gdy już go zbierzemy, szybko możemy go pomnażać korzystając z dobrodziejstw procentu składanego.
  2. Czym szybciej rozpoczniesz regularne oszczędzanie, ty szybciej osiągniesz etap, w którym kolejne wpłaty, będą odgrywały coraz mniejszą rolę w pomnażaniu Twojego kapitału.
  3. Na początku inwestowania kluczowa jest stopa oszczędności, jednak z upływem lat traci ona na znaczeniu, czym dłużej oszczędzamy (im większy kapitał), tym ważniejsza staje się uzyskiwana stopa zwrotu.
Przeczytaj także:
Siła procentu składanego
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Zasada 72
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
Alokacja aktywów