skip to main |
skip to sidebar

Inwestować czy eliminować zadłużenie? Jest to jeden z najczęstszych i wbrew pozorom wcale nie łatwych problemów przed, którym staje każdy kto uporządkował swoje finanse domowe na tyle, że jest w stanie regularnie osiągać nadwyżki finansowe. Oczywiście upraszczając problem do prostej arytmetyki, możemy, po prostu porównać oprocentowanie długu ze spodziewanym zwrotem z inwestycji i na tej podstawie podjąć decyzję. Sprawa wydaje się być prosta, jeżeli oprocentowanie kredytu, który spłacamy wynosi powiedzmy 8% w skali roku, a na oku mamy inwestycję, na której spodziewamy się zarobić 20% to wydaje się, że powinniśmy zainwestować. Gdyby to oprocentowanie było wyższe od spodziewanego zwrotu z inwestycji to powinniśmy spłacać dług. Tyle miłej teorii, bo życie jak to życie, nie zawsze daje się zamknąć w sztywne ramy matematyki.
Pierwszy problem jaki pojawia się na horyzoncie to ryzyko! Pewne jest tylko ile kosztuje nas dług, zwrot z inwestycji najczęściej jest niepewny! Konia z rzędem temu, kto zgadnie ile zarobię i czy w ogóle zarobię w przyszłym roku na inwestycjach. Pewne jest tylko ile zapłacę odsetek mojemu bankowi za udzielone mi kredyty. Oczywiście mogę zapłacić trochę więcej, albo mniej, bo to zależy od WIBORu, niemniej jednak mogę spokojnie to oszacować. Czyli każdy kto mówi nam, że w tego typu decyzjach należałoby porównać koszty obsługi długu ze spodziewanymi zwrotami z inwestycji ma rację, ale tylko teoretycznie!:)
W praktyce porównujemy wróbla, którego mamy w garści, z pięknym ptakiem siedzącym wciąż na dachu. Może go złapiemy, a może nie! Boleśnie przekonało się o tym wielu Polaków, którym kilka lat temu sprzedawcy produktów finansowych nazywający sami siebie doradcami finansowymi, doradzali zakup nieruchomości w 100% finansowanych kredytem hipotecznym, a za wolne środki kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych. Wyglądało to tak, że do "doradcy" przychodził człowiek posiadający 50tys zł na wkład własny i ofertą zakupu mieszkania za 250 tyz zł. Co ów człowiek usłyszał od naszego "doradcy"? Ano to, że giełda rośnie tak bardzo, że nie ma sensu zamrażać własnych pieniędzy w mieszkaniu, lepiej wziąć kredyt na 250 tys, a nie tylko na 200 tys, a za swoje pieniążki kupić jednostki funduszy inwestycyjnych. Po czasie te 50 tys zł z łatwością samo pomnoży się do wielkich kwot. Czyli za 5-10-15 lat okaże się, że de facto, mieszkamy za darmo! Cudowna perspektywa! Jak to się skończyło każdy wie. Dziś mieszkanie kupione za 250 tys jest warte 180 tys, za to zadłużenie denominowane we franku urosło z 250 do 35o tys zł. Na inwestycjach w funduszach ów Kowalski, być może tak dużo nie stracił, o ile nie spanikował w lutym, kiedy jego inwestycja była warta 20-30 tys. Zarobił tylko "doradca"! Zamiast prowizji za kredyt w wysokości 200tys zł, zgarnął prowizję za 300 tys zł (kredyt na 250 + fundusze 50). Jeden zarobił na naiwności drugiego i życie toczy się dalej.
Jak z tego płynie lekcja dla nas przeciętnych szaraczków:)? Po pierwsze, nie wierzmy nikomu kto "doradzając" nam, nie czerpie zysków tylko i wyłącznie za efektywność swoich porad, a zarabia raczej prowizję za to, że nam coś wciśnie. Po drugie nie porównujmy rzeczy pewnych z niepewnymi! To, że na papierze da się zarobić to jedno, a to, że w życiu mozliwe są różne scenariusze to drugie. Nie zawsze wszystko idzie tak jak byśmy sobie tego życzyli! W życiu, w miłości i w finansach:)
Co w takim razie zrobić z naszą nadwyżką finansową? Spłacać długi, czy inwestować?!
Moim zdaniem, po pierwsze spłacać zły dług! Jeżeli mamy 5000zł zadłuzenia na kartach kredytowych, to na miłość boską, nie pakujmy się z naszymi pieniędzmi w jakiekolwiek inwestycje. Zainwestujmy w nasz własny dług! Nie ma, powtarzam, nie ma, lepszej inwestycji od pozbycia się złego długu! Żadne złoto, diamenty, wino, obrazy, czy akcje nie przebiją gwarantowanych 20% w skali roku! Nikt nie zagwarantuje nam podobnych zwrotów! A jeżeli ktoś nam coś takiego obiecuje, to od razu wyrzućmy go za drzwi!:). Nie róbmy głupot zakładając lokaty w banku na 5% w skali roku, jednocześnie płacąc temu samemu bankowi 20% za pożyczkę gotówkową! Bank pożycza nam swoje pieniądze na 20%, a my mu swoje na 5%. Mało inteligentne, nieprawdaż?
W przypadku złego długu sprawa jest jasna, spłacamy go, zanim zaczniemy inwestować.
Co jednak robić w przypadku dobrego długu? O tym będzie w części 2:) Już wkrótce!
Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Potop - czyli ciąg dalszy walki z zadłużeniem
Ignoruj informacyjny hałas!
Inwestuj tylko w to na czym się znasz!
Sztuka wydawania
Dave Ramsey to jeden z najpopularniejszych tzw. guru finansów osobistych w USA. Ramsey nie lubi długu i przede wszystkim koncentruje się na sposobach walki z zadłużeniem. Jakiś czas temu na blogu pisałem o Kuli Śniegowej Ramseya. Bardzo popularnym w USA i w niektórych przypadkach, polecanym także przeze mnie sposobie na pozbycie się zadłużenia.
Dave Ramsey jest zdecydowanym zwolennikiem behawioralnego podejścia do finansów osobistych.
Często można od niego usłyszeć, że finanse osobiste to nie matematyka i bardzo często do sukcesu nie prowadzi najprostsza/najkrótsza droga. Kluczowe są aspekty psychologiczne. Lepiej osiągnąć drobny sukces psychologiczny, niż podjąć matematycznie słuszną drogę, po to tylko, żeby za chwilę się wypalić. Innymi słowy warto schylić się po złotówkę, choć teoretycznie wiadomo, że przy większej dyscyplinie i sile woli można by było zarobić 50gr więcej. Do mnie osobiście takie podejście bardzo przemawia. Jestem przekonany, że finanse osobiste to psychologia w 99 procentach. Życie wielokrotnie karało moją pychę. Ilekroć byłem przekonany, że będę lepszy, czy silniejszy od większości, zawsze los mnie karał. Stąd moja sympatia do pomysłów Ramseya. Lepiej stawiać sobie mniejsze, mniej optymalne, ale za to bardziej realne cele, niż wielkie, nawet teoretycznie możliwe, lecz trudne do osiągnięcia. W życiu rzadko kiedy przecież, coś wychodzi nam w 100%. Trudno też przez dłuższy czas jechać z nogą na gazie. Tak się po prostu nie da! Prędzej czy później dopadnie nas zmęczenie, wypalenie, zabraknie szczęścia. Lepiej chyba być żółwiem idącym powoli, ale cały czas do celu, niż zającem pędzącym, ale nie dobiegającym do mety! A wy co na ten temat myślicie?
Wracając do Ramseya to wymyślił on 7 kroków "od zera do milionera" chciałoby się rzec, które według niego, każdy z nas powinien podjąć, żeby uporządkować swoje finanse osobiste, pozbyć się długów i w konsekwencji osiągnąć finansową niezależność.
1. Rozpocznij budowanie funduszu bezpieczeństwa - cel na początek to 1000 USD
Ramsey uważa, że reorganizację naszych finansów powinniśmy rozpocząć od uciułania stosunkowo małej kwoty jaką jest 1000 dolarów. W polskich warunkach niech to będzie 2500-4000 złotych. Taki fundusz bezpieczeństwa to niewiele, ale jednak jest to zmiana w naszym nastawieniu/podejściu do finansów osobistych. Żeby nazbierać nawet najmniejszą kwotę musimy wprowadzić w życie zasadę WYDAWAJ MNIEJ NIŻ ZARABIASZ. Z tego chociażby punktu widzenia, nazbieranie nawet dość niewielkiej kwoty jest dla nas znaczącym zwycięstwem psychologicznym. Udowodniamy sobie, że potrafimy, że jednak się da!
2. Spłać cały "zły dług" stosując metodę Kuli Śniegowej
Gdy posiadamy już nasz minimalny fundusz bezpieczeństwa, powinniśmy skierować swoją uwagę na walkę ze złym długiem. Ramsey poleca swoją Kulę Śniegową. Ja uważam, że jakikolwiek sposób jest dobry, pod warunkiem, że jest komfortowy dla nas i prowadzi do celu. Metod jest wiele, na blogu pisałem na przykład o Płatkach Śniegu i Potopie. Polecam przeczytać:).
Jakakolwiek metodę wybierzemy, ważne jest, żebyśmy pozbyli się złego długu!
3. Dokończ budowanie funduszu bezpieczeństwa - Twój cel to 3-6 miesięcy kosztów życia w oszczędnościach
O korzyściach płynących z posiadania funduszu bezpieczeństwa pisałem na blogu już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Napiszę tylko tyle, że rada Ramseya jest w tym wypadku dość standardowa. Większość tzw. ekspertów taką właśnie wielkość doradza.
4. Inwestuj 15% dochodu domowego brutto na emeryturę.
Tutaj trzeba zwrócić uwagę na różnice pomiędzy amerykańskim i polskim systemem emerytalnym i podatkowym. Co innego znaczy brutto w USA, a co innego u nas. Mamy też inne systemy emerytalne, inne zachęty podatkowe, koszty opieki zdrowotnej itd. itd.
W każdym razie warto byłoby się zastanowić dlaczego 15, a nie np. 12, czy 18 procent. Myślę, że Ramsey podaje taką właśnie liczbę, bo jest w okolicach pożądanej stopy oszczędności. Każdy jednak powinien dokonać własnych wyliczeń. Moim zdaniem podawanie takiej czy innej liczby, bez brania pod uwagę indywidualnych uwarunkowań jest błędne. W każdym razie trudno się z Ramseyem nie zgodzić, że powinniśmy inwestować conajmniej 10% swojego dochodu.
5. Zacznij zbierać na studia swoich dzieci
Ramsey uważa, że kiedy mamy już odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa, spłaciliśmy "zły dług", oszczędzamy na własną emeryturę to powinniśmy zacząć myśleć o sfinansowaniu studiów dzieci. Z tym punktem raczej się nie zgadzam! Uważam, że jedynym przypadkiem kiedy jako rodzic wziąłbym pod uwagę sfinansowanie studiów swojego dziecka, byłyby jego nadzwyczajne talenty, wróżące mu ponadprzeciętną karierę naukową w wybranej dyscyplinie, lub też "ciężki" kierunek studiów dający dobre perspektywy zarobkowe w przyszłości. Jeżeli jednak mój syn nie bedzie miał pomysłu na siebie, a studia bedzie chciał potraktować jako sposób na przedłużenie dzieciństwa to sorry Winetou, ale nie za moje pieniądze:). Mozna pracować i studiować.
6. Nadpłacaj kredyt hipoteczny
Punkt logiczny, choć wcale nie pozbawiony kontrowersji. Wielu uważa, że zamiast spłacać kredyt powinno się nadwyżki inwestować. Wiele dobrych argumentów po obu stronach. Temat będzie wkrótce poruszony na blogu:)
7. Bogać się i dziel się z potrzebującymi
Nie mając kredytów, dzieci na utrzymaniu, a z drugiej strony wydając mniej niż zarabiamy, jednocześnie inwestując nadwyżki, nie mamy wyboru. Musimy się bogacić! Oczywiście dzielić bogactwem też powinniśmy. Problem charytatywności niedawno na swoim blogu poruszył Marcin. Polecam przeczytać jego artykuł.
Jak widać rady Ramseya są dośc standardowe, nie zawsze trzeba sie do nich stosować w 100%, jednak trudno się nie zgodzić co do ogólnego przesłania. Zadbaj o nadwyżki finansowe, spłać długi, zabezpiecz się finansowo, inwestuj. Recepta jest ogólnie znana, różnić możemy się co do szczegółów. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, żeby pamiętać, że kiedy znajdziemy się w dołku finansowym, mamy przestać kopać!
Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Przeliczanie długu na raty!
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Trzy rady finansowe dla przyjaciela
Efekt małych procentów
Niedawno pisałem o alokacji aktywów jako sposobie na ograniczanie ryzyka w inwestycjach. Idea jest prosta, zamiast kupować tylko jeden rodzaj aktywów np. akcje, inwestujemy w różne klasy aktywów. Dzieląc nasz portfel pomiędzy np. złoto, akcje, obligacje i nieruchomości chronimy się przed ryzykiem znaczących strat w wypadku gdybyśmy nietrafnie przewidzieli rozwój sytuacji na jednym z wybranych przez nas rynków. Jednak alokowanie naszych pieniędzy pomiędzy różnymi klasami aktywów jest tylko jednym z możliwych sposobów na dywersyfikacje portfela, innym jest dywersyfikacja w obrębie tej samej klasy aktywów.
Załóżmy, że jesteśmy optymistycznie nastawieni co do perspektyw banku PEKAO S.A., jednak kupując akcje tego banku za 100% gotówki, ponosimy duże ryzyko związane po pierwsze z rynkiem akcji, po drugie z sektorem bankowym, a po trzecie z ryzykiem związanym z działalnością naszego banku. Tak naprawdę nie wiemy co stanie się z naszą giełdą za 3 miesiące, może będą wzrosty, a może spadki. Nie wiemy też, czy za jakiś czas nie dowiemy się, że jakaś duża instytucja finansowa zza oceanu nie wpadnie w tarapaty związane z niespłacanymi kredytami hipotecznymi, czy kartami kredytowymi. Mogłoby to wywołać panikę i kolejną falę wyprzedaży firm z sektora finansowego na całym świecie. Nie wiemy też, czy włoscy właściciele PEKAO jutro nie ogłoszą problemów finansowych na własnym podwórku, czy jutro zarząd nie poda się do dymisji, czy bank nie ogłosi niespodziewanie słabych wyników operacyjnych itd., itd.
Jak widać inwestując tylko w jeden walor, narażamy się na wiele potencjalnych źródeł ryzyka.
Możemy sobie jednak z tym problemem do pewnego stopnia poradzić poprzez odpowiednią dywersyfikację. Zamiast kupić akcje tylko PEKAO, możemy także kupić akcję jednego czy kilku innych banków. W ten sposób niejako chronimy nasz portfel przed złymi informacjami płynącymi z PEKAO. Nawet jak tam pójdzie coś nie tak, to mamy jeszcze inne banki w naszym portfelu! Jednak inwestując tylko w akcje banków, nie uchronimy się przed ewentualnym negatywnym sentymentem do całego sektora finansowego. Gdy pojawia się panika wywołana plotkami o np. złych wynikach bankowego giganta, to inwestorzy rzucają się do wyprzedaży wszystkich banków, nie zwracając uwagi na ich indywidualną sytuację. Musimy brać to pod uwagę i nabyć do naszego portfela także akcje firm działających w innych, jak najmniej powiązanych (skorelowanych) z bankami sektorów gospodarki. Taka właśnie sektorowa dywersyfikacja, może uchronić nas przed wpływem pojawiających się, od czasu do czasu, fal pesymizmu w stosunku do tych czy innych sektorów gospodarki.
Kolejnym ważnym źródłem ryzyka jest ryzyko geograficzne. Kwestie inwestycji na rynkach zagranicznych poruszył niedawno na swoim blogu APP, można o tym przeczytać tutaj. My musimy sobie zdać sprawę, że nawet kiedy wszelkie analizy wskazują na to, że inwestycje np. na rynku indyjskim będą zyskowne, to i tak jedna zbrojna akcja armii pakistańskiej w Kaszmirze, może doprowadzić do ucieczki kapitału zagranicznego z giełdy w Bombaju. To co wczoraj miało wielki potencjał zysku, dzisiaj może przynieść straty. Powodem może być sytuacja polityczna czy niespodziewany kryzys gospodarczy, ale także np. anomalia pogodowa.
Jaki z tego wszystkiego płynie morał? Ano taki, że warto inwestować w nie tylko różne klasy aktywów, ale także dywersyfikować swoje inwestycje w obrębie tych samych klas aktywów. Nie warto też ograniczać się tylko i wyłącznie do naszego polskiego podwórka. Świat jest pełen okazji inwestycyjnych, warto z nich korzystać, przy okazji uodparniając stan własnego portfela na ryzyko wynikające z nadmiernego zaangażowania się na konkretnym rynku.
Jak to zrobić w praktyce? Zdaje sobie sprawę, że przeciętnemu inwestorowi, szczególnie takiemu, który ma dość ograniczoną wiedzę i doświadczenie, ale także zasoby portfela, ciężko jest myśleć o spekulowaniu na kontraktach na argentyńską wołowinę, czy samodzielnie kupować akcje nawet na GPW, o innych rynkach nie wspominając. Do tego potrzebny jest czas, wiedza i pasja. Większość ludzi tego nie ma. Ja właśnie zaliczam się do tej grupy. Nie inwestuję nawet samodzielnie na GPW, choć przyznam, że w przeszłości próbowałem, z dość jednak mizernym skutkiem. Na szczęście tacy jak ja i myślę, że większość czytelników bloga FINANSE DOMOWE, który jest adresowany do ludzi próbujących rozsądnie zarządzać swoim budżetem domowym, mamy do swojej dyspozycji wiele instrumentów finansowych, które są mało skomplikowane, a przy tym pozwalają nam na rozsądną dywersyfikację naszych inwestycji. Po raz kolejny zaznaczam, że nie jestem, ani nie uważam się za eksperta w dziedzinie inwestycji giełdowych, dlatego proszę o nie kopiowanie moich własnych rozwiązań. Mój portfel podaje tylko i wyłącznie w celach poglądowych!
Osobiście inwestuję w następujące klasy aktywów:
1. Nieruchomości
2. Akcje
3. Surowce (pośrednio)
W akcje inwestuję za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych co samo z siebie zapewnia mi bardzo szeroką dywersyfikację. Na dzień dzisiejszy fundusze akcyjne to jakieś 80 tys. zł, czyli około 45% mojego portfela (to się niedługo zmieni po finalizacji zakupu najnowszej nieruchomości, o czym piszę tutaj). Z tego 70 tys. zł jest zainwestowane w fundusze akcji polskich, około 6tys. zł mam w funduszu HSBC Rosja, a pozostałe jakieś niecałe 5tys. zł trzymam w funduszu HSBC Indie. Inwestycję na rynku rosyjskim od początku potraktowałem jako pośrednie zaangażowanie w surowce. Wiadomo, że giełda rosyjska tańczy tak jak rynki surowców jej zagrają:). W akcje indyjskie postanowiłem zainwestować z racji wielkości i olbrzymich perspektyw jakie według mnie ma ten rynek. Nie bez znaczenia była też dla mnie kwestia etyczna, bo Indie to państwo demokratyczne. Był to główny powód dlaczego wybrałem Indie, a nie Chiny. Jak do tej pory inwestycje zagraniczne przynoszą mi najwyższe zwroty! W przyszłości zamierzam zainwestować w jakiś fundusz inwestujący w Ameryce Południowej, być może nawet w Afryce. Wydaje mi się, że idealnie byłoby mieć 10-20% portfela zainwestowane w aktywa zagraniczne. Do takich wielkości będę próbował dążyć. Przydałaby mi się jeszcze być może większa ekspozycja na surowce. Podobają mi się perspektywy na rynkach srebra i gazu. Raczej jednak nie będę samodzielnie spekulował na tych surowcach. Bardziej prawdopodobne jest zwiększanie mojego zaangażowania w akcje rosyjskie za pośrednictwem któregoś z funduszy inwestycyjnych. Takie pośrednie zaangażowanie, moim zdaniem, jest lepsze dla przeciętnego inwestora. Nie wymaga specjalistycznej wiedzy o danych rynkach i instrumentach finansowych, a z drugiej strony pozwala czerpać korzyści ze wzrostów cen surowców.
W swoich inwestycjach unikam instrumentów bezpiecznych. Uważam, że mój horyzont inwestycyjny jest na tyle długi, że mogę więcej ryzykować. Zresztą w dzisiejszych czasach inwestycje w bony skarbowe, czy obligacje pozwalają na zachowanie realnej wartości pieniądza. Mi zależy na realnym, przynajmniej kilkuprocentowym zwrocie. To w dłuższym terminie mogą zapewnić akcje, nieruchomości i surowce. Stąd te klasy aktywów w moim portfelu.
Jak widać staram się nie wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka, choć przyznam szczerze, że mój portfel nie jest jeszcze zdywersyfikowany tak jak bym sobie tego życzył. Cały czas jednak nad tym pracuję:)
Przeczytaj także:
Alokacja aktywów
Ryzyko w finansach
Ignoruj informacyjny hałas
Jak inwestować? - radzi John Templeton
Przeliczanie długu na raty
Kiedy zastanawiam się nad przyczynami wielu podejmowanych w życiu decyzji, dochodzę do wniosku, że wiele rzeczy robimy by przypodobać się, nie narazić się lub też wzbudzić zazdrość u przysłowiowych Kowalskich. Chęć rywalizacji jest w nas głęboko zakorzeniona. Chcemy być lepsi, ładniejsi, mieć nowszy samochód, większy dom i jeździć na fajniejsze wakacje od naszych sąsiadów, znajomych, czy kolegów z pracy. Choć trudno się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, to jednak zazdrościmy innym sukcesów życiowych. Takiej "rywalizacji" sprzyja nasze otoczenie. Jest ona wręcz w sprytny sposób podsycana przez reklamodawców. Pisałem już na blogu o hasłach: "stać cię na więcej", "jesteś tego warta", "Ty też możesz" itp. Tego typu reklamy wykorzystują i podsycają naszą chęć prześcignięcia, czy chociażby doścignięcia Kowalskich.
Skoro nie jestem postawną blondynką jak Kowalska, to chociaż będę miała lepszy samochód, albo przynajmniej pojadę na wakacje do Tajlandii (Kowalska była tylko nad Bałtykiem). Co prawda na koncie w banku nie mam pieniędzy, ale skoro z telewizora nawołują, że "jestem tego warta", a bank na siłę chce wcisnąć mi kredyt gotówkowy na 15 tys. zł, to znaczy, że na wyjazd mnie stać. Jest to typowy schemat podejmowania decyzji o zakupie:
Po pierwsze psychologia -"dajemy sobie" wmówić, że jesteśmy wyjątkowi, że nam się należy, skoro inni mogą to my też itp.
Po drugie - pozwalamy się przekonać, że nas na coś stać. Przeliczamy koszt zakupu na ratę kredytową, wmawiamy sobie, że skoro bank nam daje to znaczy, że nas stać.
Nic bardziej błędnego! Niby czemu ma się nam należeć telewizor? Co w nas jest takiego wyjątkowego, że należą nam się egzotyczne wakacje na kredyt? Miliardom ludzi nie należy się nawet miska ryżu dziennie! W czym akurat my jesteśmy tacy wyjątkowi, że powinno się nam należeć więcej? Tak naprawdę w niczym. Na naszym dobrym samopoczuciu, na naszym sztucznym poczuciu bezpieczeństwa żerują firmy wpychające nam zachcianki. To producenci dóbr konsumpcyjnych kreują naszą rzeczywistość. Sprawiają, że stajemy się niewolnikami "koralików i świecidełek". Tak jak żeglarze w dawnych czasach wymieniali lusterka i błyskotki za kość słoniową, skóry lampartów, czy inne bogactwa. Tak dzisiaj firmy za pomocą sztuczek marketingowych sprzedają nam błyszczące gadżety za .......nasz czas! Czas, który spędzamy na pracy, po to żeby kupić sobie koraliki i świecidełka 21 wieku! 200 lat temu, myśliwy w Afryce ryzykował swoje życie, żeby zdobyć skórę lamparta i potem wymienić ją za garść koralików. Dzisiaj robimy dokładnie to samo! Pracujemy godzinami, ryzykujemy zdrowie, po to tylko, żeby wejść w posiadanie czegoś co ma minimalną wartość materialną i tak naprawdę nie kreuję żadnej wartości dodanej w naszym życiu. Afrykański myśliwy szedł po swoje koraliki i często kończył na plantacji trzciny cukrowej w którejś z kolonii, my idziemy po kredyt na wyjazd do Tajlandii i stajemy się niewolnikami banku. A mówią, że świat się zmienia!
Przeczytaj także:
Dobry dług, zły dług
Jakie są Twoje finansowe cele?
Koszt alternatywny
Nie zachowuj się jak struś!
Co wiedzą o nas markety spożywcze?

Nie jest tajemnicą, że pieniądze zebrane na lokatach i rachunkach, banki wykorzystują na akcję kredytową i szeroko pojętą działalność inwestycyjną. W swoich "skarbcach" utrzymują tylko wymagane minimum, które jest potrzebne do sfinansowania bieżącej działalności. Jak nie trudno się domyślić, gdyby dzisiaj wszyscy ludzie ruszyli do banków po swoje depozyty to odeszliby z kwitkiem. Naszych pieniędzy po prostu fizycznie w bankach nie ma! Nie ma się jednak czym martwić, tak działały i działają banki na całym świecie. To jest normalne, że pieniądze z naszych rachunków bankowych pracują na zysk banku. Można na to popatrzeć w ten sposób, że bank pożycza od nas pieniądze oferując nam jakieś odsetki np. 5% na rachunku oszczędnościowym, a potem przeznacza je na kredyt gotówkowy dla kogoś innego. Spread, czyli inaczej mówiąc różnica pomiędzy jednym i drugim oprocentowaniem to zysk banku. Oczywiście mechanizm ten przedstawiam w wielkim uproszczeniu! Tak czy inaczej, bankom i nadzorcom rynku finansowego, bardzo zależy, żeby ludzie nie tracili zaufania do systemu bankowego. Bo system bankowy, przede wszystkim właśnie na zaufaniu się opiera. Bez zaufania nie będzie depozytów, a bez depozytów kredytów. To jest właśnie przyczyna dla której rządy na całym świecie tak panicznie reagowały na doniesienia o kryzysie finansowym. Politycy bez zmrużenia oka przeznaczali ogromne sumy na ratowanie akcjonariuszy banków. W Polsce, w tym czasie została podniesiona kwota gwarancji na wypadek niewypłacalności banku do równowartości 50tys. EUR. Co to oznacza dla przeciętnego ciułacza? Ano to, że nasze oszczedności trzymane w banku do kwoty 50 tys. EUR są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. W przypadku gdy nasz bank bankrutuje, my w ciągu maksymalnie 40 dni odzyskamy nasze pieniądze. Jeżeli trzymamy w banku więcej niż równowartość 50 tys. EUR, to niestety otrzymamy tylko tyle ile gwarantuje BFG. Natomiast nie tracimy prawa dochodzenia swoich roszczeń ponad tę kwotę. Tutaj jednak wszystko zależy od tego, co uda nam się sądownie wyszarpnąć z masy upadłościowej. Jak by nie było, pieniądze przeciętnego ciułacza są bezpieczne. Nie ważne czy trzymamy oszczędności w PKO BP, w Eurobanku, czy Kredyt Banku. Gwarancje są równe dla wszystkich! Warto tutaj jednak wspomnieć casus Polbanku, który jako oddział banku zagranicznego nie podlega polskiemu nadzorowi finansowemu, a depozyty przez niego zebrane nie są objęte gwarancjami BFG. Są natomiast gwarantowane przez grecki odpowiednik naszego BFG. Pieniądze tam trzymane są tak samo bezpieczne jak w innych bankach. Jedynie być może procedura ich odzyskania może być bardziej skomplikowana, bo sprawy ewentualnych wypłat trzeba byłoby załatwiać z Grekami.
Od niedawna mam utrudniony dostęp do internetu. Nie wiem jak długo ta sytuacja jeszcze potrwa, ale proszę wszystkich o wyrozumiałość. Na wszystkie maile i komentarze staram się odpowiadać jak najszybciej. Jednak prosze o wyrozumiałość i cierpliwość:)
Przeczytaj także:
Finansowy przegląd finansowy
Bądź finansowym realistą!
Najtrudniej zarobić pierwszy milion!
Zasada 72
3 rady finansowe dla przyjaciela
Od dłuższego czasu znajomy namawiał mnie na wspólny zakup starego domu pod miastem. Cena można powiedzieć okazyjna. Sprzedającą jest samotna starsza kobieta, którą rodzina zabiera zagranicę. Dom, a raczej rudera to nic ciekawego. Ważna jest działka na której stoi, a raczej 2 działki. I tu jest właśnie pies pogrzebany! Wszystko około 10 km od miasta wojewódzkiego, na skraju parku krajobrazowego. A wszystko to dom stojący na działce 21 arów, oraz, i to jest właśnie przysłowiowa wisienka na torcie - przylegająca do domu łąka o powierzchni około 80 arów! W pobliżu wszystkie media i biegnąca wzdłuż łąki asfaltowa droga. I co najważniejsze, po konsultacjach w gminie wynika, że w ciągu kilku lat, raczej będzie można przekształcić tę łąkę w tereny budowlane. Gmina jest tym zainteresowana, kwestia uchwalenia gminnego plany zagospodarowania przestrzennego. Nad którym właśnie trwają pracę. Innymi słowy jak wszystko pójdzie dobrze to za jakiś czas, łąka będzie działkami budowlanymi wartymi 10-20 tys. zł za ar.
Jak podjąłem decyzję? Jakie są za i przeciw?!
1. Argumenty za zakupem:
-Cena 190 tys. zł za całość. Jakby na to nie patrzeć, cena jest atrakcyjna, nawet biorąc pod uwagę kryzys na rynku nieruchomości.
- Możliwość wydzielenia 11 arowej działki z 21 arów na których stoi dom. Geodeta twierdzi, że jest to do zrobienia bez problemu w ciągu kilku miesięcy. Efekt - samodzielna działka budowlana o powierzchni 11 arów, w miejscowości gdzie średnia cena ara na dzień dzisiejszy waha się pomiędzy 10-15 tys. zł.
- Duże prawdopodobieństwo przekształcenia łąki w działki budowlane, co pozwala mieć nadzieję na bardzo duży zysk z inwestycji w perspektywie 2-7 lat.
- Dom stojący na działce można wynająć za kilkaset złotych miesięcznie, co pokryje część kosztów kredytu.
- Dom można także oczywiście sprzedać. Myślę, że realna jest kwota w przedziale 100-200tys. zł. W zależności od tego jak będzie rozwijać się sytuacja na rynku kredytowym. Jeżeli na rynku znacząco się nie pogorszy to w ciągu powiedzmy następnych 3 lat, kupiec powinien się znaleźć.
Jak widać kupując całość i potem dzieląc ją na trzy części można na ich sprzedaży sporo zarobić.
2. Argumenty przeciw zakupowi
- Inwestycja ma potencjalnie spory zwrot, ale znacząco podwyższa ryzyko finansowe dla mojej rodziny do czasu rozpoczęcia jej spieniężania. Musimy wziąć kolejny kredyt hipoteczny w niepewnych czasach.
- Muszę z własnej kieszeni finansować podziały geodezyjne działek, projekty uzbrojenia terenów itd. Niestety będę musiał tutaj korzystać z środków zgromadzonych w funduszu bezpieczeństwa.
Oczywiście wszystkie wykorzystane środki, będą traktowane jako pożyczka i jak najszybciej do funduszu bezpieczeństwa będą wracały.
- Przekształcenie łąki w działki budowlane zależy od decyzji urzędowej. Niby nie powinno być problemów, ale kto wie:)
- Siłą rzeczy nieruchomości zaczną niepodzielnie dominować w moim portfelu inwestycyjnym, choć uważam, że w stosunku do całych moich aktywów inwestycyjnych ich udział już jest większy niż bym sobie tego życzył.
Co przeważyło?
Przede wszystkim to, że nie jest to moje pierwsze doświadczenie na rynku nieruchomości. Już w ten sposób inwestowałem i zarabiałem. Uważam też, że stosunek ryzyka do potencjalnego zysku jest w tym wypadku wyjątkowo korzystny. Nawet jak łąka pozostanie tylko łąką to i tak na sprzedaży domu/rudery z dodatkowo wydzieloną działką powinniśmy minimalnie zarobić, a przynajmniej odebrać swoje pieniądze. W przypadku gdy wyjdzie z łąką, możemy ubić interes życia. Kolejna ważna sprawa to stosunkowo stabilna sytuacja zawodowa moja i żony, i to, że w razie czego możemy spieniężyć posiadane przez nas jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych (80 tys. zł), sprzedać nasz dom itd. Kredyt bierzemy wspólnie ze znajomymi, nasza rata miesięczna powinna wynosić około 500zł miesięcznie. Kwota, która jest do udźwignięcia, choć być może kosztem inwestycji giełdowych. Inwestycję tę traktuję krótkoterminowo, bo mam nadzieję, że do 3 lat odzyskam swoje pieniądze sprzedając dom i wydzieloną działkę. Ewentualna sprzedaż działek wydzielonych z łąki będzie raczej czystym zyskiem, a na to mogę poczekać trochę dłużej.
Zwracam uwagę, że moje cele finansowe się nie zmieniają! Nic nie zmienia się także w moich finansach domowych, oprócz tego, że przez jakiś czas pojawi się dodatkowy kredyt hipoteczny do spłaty. Dzisiaj umowa przedwstępna.
Przeczytaj także:
Alokacja aktywów
Aktywa, pasywa, Kiyosaki
Etapy finansowe w naszym życiu
Potop, czyli dalszy ciąg walki z zadłużeniem
Koszt alternatywny i jego znaczenie w naszym życiu
Stali czytelnicy bloga na pewno zauważyli, że do tej pory nie pisałem o swoich celach finansowych. Co prawda, tu i ówdzie coś na ten temat wspominałem, jednak tak naprawdę nic konkretnego, do tej pory nie napisałem. Od razu wyjaśnię, że finansowa niezależność jest moim marzeniem, a nie celem. Jest tak dlatego, ponieważ nie potrafię na razie tego marzenia skonkretyzować, czyli ubrać w liczby i umiejscowić w czasie. A jak wiadomo cel musi być być konkretny, określony w czasie i realistyczny. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Staram się także nie koncentrować na planowaniu krótkoterminowym, choć w wielu przypadkach właśnie cele krótkoterminowe i ich realizacja są kluczowe. Krótki horyzont czasowy i dość łatwe do osiągnięcia cele są bardzo przydatne w realizacji większych celów. Dla wielu osób jest to zalecana droga, powiem więcej, jedyna droga. Jednak nie dla mnie! Ja wolę po prostu koncentrować się na codziennej maksymalizacji oszczędności. Nie wyznaczam sobie celów typu: w tym miesiącu zaoszczędzę 25% wypłaty. Staram się po prostu zaoszczędzić tyle ile mogę. Oczywiście stosuję zasadę najpierw płać sobie, ale na początku, płacę sobie sporo mniej niż bym teoretycznie mógł. Potem dopiero, stosując metodę płatków śniegu staram się powiększać kwotę miesięcznych oszczędności. Zdaję sobie sprawę, że w ten sposób prawdopodobnie oszczędzam mniej niż bym mógł, ale z drugiej strony mając na utrzymaniu dwójkę dzieci w wieku szkolnym, przez cały czas zmagam się z niezaplanowanymi i trudnymi do przewidzenia wydatkami. Obecny system jest efektem doświadczeń na przestrzeni kilku lat, nie jest może najlepszy z punktu widzenia czystej matematyki, ale biorąc pod uwagę moją rodzinę jest chyba optymalny.
Z drugiej strony, rzadko się zdarza, że dany miesiąc kończę bez nadwyżki finansowej. Moje finanse są już na tyle poukładane, że bez większego zastanawiania się i analizy potrafię osiągać pożądane efekty. Czym dłużej na poważnie zajmuję się finansami rodzinnymi , tym mniej potrzebny jest mi arkusz kalkulacyjny i budżet domowy. Wiele rzeczy zaczęło układać mi się w głowie bez liczenia, rejestracji i analizy. Po prostu wiem już ile wydaję i na co wydaję. Wiem jak dużo jestem w stanie zaoszczędzić. Może nie w danym miesiącu, ale na pewno w skali roku.
Dzięki temu doświadczeniu, mogłem zdefiniować swój cel średnioterminowy, pomijając niejako definiowanie mniejszych kroków.
Moim celem finansowym jest osiągnięcie drugiego poziomu bezpieczeństwa finansowego do stycznia 2018 roku.
Poszczególne poziomy bezpieczeństwa finansowego zdefiniowałem sobie tutaj. Obecnie jestem na pierwszym poziomie. W styczniu 2018 roku będę miał 45 lat. Jedynym moim zadłużeniem będzie kredyt hipoteczny zaciągnięty na budowę domu, który wtedy będzie opiewał na kwotę 250tys zł.
Wynika to z harmonogramy spłat. Do tej pory, tego kredytu nie zamierzam nadpłacać.
Poziom drugi bezpieczeństwa finansowego wymaga posiadanie środków pieniężnych co najmniej równych kwocie zadłużenia, nie wliczając w to funduszu bezpieczeństwa. Fundusz bezpieczeństwa powinien pokrywać co najmniej 12 miesięcy kosztów życia. Idea jest prosta, jeżeli coś nieprzewidzianego i przykrego się wydarzy, powinienem móc pozbyć się zadłużenia i mieć wystarczającą ilość środków, żeby przeżyć co najmniej jeden rok bez pracy.
Czyli mam osiem lat, żeby zgromadzić 250tys złotych i odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa. Zacznijmy od funduszu:
1. Fundusz Bezpieczeństwa
Obecnie mój fundusz bezpieczeństwa opiewa na kwotę około 30tys. zł. jest to w przybliżeniu 6-7 miesięcy kosztów mojego życia. (W zależności jak bardzo obetnę swoje wydatki, w razie potrzeby). Za osiem lat mój fundusz będzie musiał pokryć 12 miesięcy życia mojej rodziny. Mogłoby się więc wydawać, że wystarczy pomnożyć to co jest razy dwa i mamy nową docelową kwotę. Jednak tak nie możemy zrobić z dwóch powodów. Pierwszy to inflacja, a drugi to fakt, że po osiągnięciu drugiego poziomu bezpieczeństwa, koszt obsługi kredytu hipotecznego nie będzie już musiał być wliczany do funduszu bezpieczeństwa. Na to będą przeznaczone pozostałe środki (250tys. zł). Czyli koszty mojego miesięcznego życia, będą znacząco niższe. O ile? O ratę kredytu.
Bez konieczności obsługi kredytu, koszty miesięczne życia spadają o ok. 1500zł. Tak więc w dzisiejszych złotych za 8 lat będę potrzebował mieć (30000/7) = 4300 - 1500zł (rata kredytowa) = 2800zł miesięcznie. W takim razie dwunastomiesięczny fundusz bezpieczeństwa powinien być na kwotę 2800*12= 33600zł. Tyle właśnie będę potrzebował w dzisiejszych złotówkach. Ile to będzie w złotówkach z 2018 roku, nie wiem. To zależy od inflacji. Niestety wydaje mi się, że w ciągu najbliższych lat czeka nas trochę wyższa, niż ta do której zdążyliśmy się przyzwyczaić inflacja. Do swoich wyliczeń przyjmę 5%. Tak więc 33600 do zachowania swojej realnej siły nabywczej w 2018 roku, będzie musiało urosnąć do kwoty około 51 tys. zł. Innymi słowy, w 2018 roku w moim funduszu bezpieczeństwa będzie musiało znaleźć się 51 tys. zł.
Z tego wynika, że muszę zgromadzić dodatkowe 21 tys. zł. Mam na to 8 lat i trzy miesiące. Czyli powinienem powiększać stan mojego funduszu bezpieczeństwa o 212zł miesięcznie. Połowę z tej kwoty to już dopisywane odsetki.
2. Pieniądze na pokrycie kredytu hipotecznego (250 tys. zł + spłata działki budowlanej ok. 20tys. zł)
Na dzień dzisiejszy, nie licząc kwoty zgromadzonej w funduszu bezpieczeństwa, mogę pochwalić się aktywami inwestycyjnymi na kwotę około 150 tys. zł. Czyli jak nietrudno policzyć brakuje mi 120 tys. zł. Czyli 1212zł miesięcznie.
Podsumowanie:
Żeby zrealizować swój średnioterminowy cel finansowy, jakim jest osiągnięcie drugiego poziomu bezpieczeństwa finansowego na moje 45 urodziny. Muszę co miesiąc, przez następne osiem lat, odkładać 1212 + 212= 1424zł. Kwota jak najbardziej realna. Niektórzy zapewne zwrócili uwagę, że w moich planach nie uwzględniłem zwrotów z inwestycji! Nie uwzględniłem, bo są niepewne i dlatego potraktuje je jako bonus! Nawet pomimo tego, że osobiście uważam, że GPW powinna w ciągu kilku kolejnych lat dać ponadprzeciętne zwroty.
Zdaję sobie sprawę, że moje cele w porównaniu do wielu osób piszących w blogsferze są mało ambitne, jednak proszę o nie odbieranie mnie jako osoby pozbawionej ambicji.
Cel finansowy powinien być konkretny, osadzony w czasie i realny do osiągnięcia.
Yossarian za 8 lat chce mieć 250tys. zł oraz dodatkowo 51 tys. zł w funduszu bezpieczeństwa! Jak los nie przeszkodzi to jest to cel do zrealizowania:)
Przeczytaj także:
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Finansowa niezależność - moje spojrzenie
Jakie są Twoje finansowe cele?
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
Najtrudniej zarobić pierwszy milion!